Na stadionach Polski i Świata.

Biało-czerwoni

poniedziałek, 30 marca 2015

Reprezentację Adama Nawałki stworzyło zwycięstwo z Niemcami. Jeden wynik – bo gra już niekoniecznie – dał jej zastrzyk pozytywnej energii, pozwolił odbudować zaufanie u zmęczonych kilkoma smutnymi latami kibiców, a przy okazji zaciemnił prawdziwy obraz drużyny. Tamten mecz ciągle rzutuje na ocenę kadry, trenera i całych eliminacji. Co było złe, to poszło w zapomnienie. Co ciągle jest złe, jest nieco przykryte przez wygraną z Niemcami. Tak jak gra z Irlandią.

To nic nowego, że jeden mecz zmienia postrzeganie reprezentacji. Dla kadry Jerzego Engela punktem zwrotnym było wyjazdowe zwycięstwo z Ukrainą. Dla Leo Beenhakkera – zaskakująca wygrana z Portugalią. W obu przypadkach pojedyncze sukcesy miały dobrą kontynuację. U Nawałki aż tak różowo nie jest – punkty jeszcze się zgadzają, ale gra w meczach z bezpośrednimi rywalami do awansu nie nastraja optymistycznie. 

Mecz w Dublinie można interpretować na kilka sposobów: niezłego wyniku na trudnym terenie, nieszczęśliwie straconego zwycięstwa, wreszcie – wyniku lepszego od gry. Pierwsze jest faktem, chociaż uporczywe powtarzanie, że przed meczem cała Polska remis wzięłaby w ciemno, trąci minimalizmem. Trudno za to mówić o nieszczęśliwie straconym zwycięstwie. Irlandczycy dostali rzut rożny po faulu na Łukaszu Fabiańskim, wyrównujący gol padł w doliczonym czasie gry, co zawsze mocno boli, ale taki scenariusz był pisany już od początku drugiej połowy. Polacy grali w niej katastrofalnie, bronili głęboko, nawet na chwilę nie potrafili uspokoić sytuacji na boisku. O przejmowaniu inicjatywy nie było nawet mowy. Kłopoty w końcówce sprowokowali sami.

Nie pomógł też Nawałka, który nie reagował na słabą grę kilku piłkarzy, koncentrując się tylko na pokrzykiwaniu z ławki. Fatalny był Paweł Olkowski, zupełnie nieprzydatny w środku pola Tomasz Jodłowiec, który nie potrafił wykorzystać nawet warunków fizycznych, mało wnosił Arkadiusz Milik. Albo Nawałka tego nie widział, albo nie wierzył, że zmiennicy mogą zagrać lepiej, dać drużynie pozytywny impuls. Jedno i drugie jest niepokojące.

Nawałka zaskakuje swoimi wyborami. Zazwyczaj trafia – teraz golem za zaufanie odpłacił się Sławomir Peszko. Nie zawiódł też Łukasz Fabiański, który po zmarnowanych latach na ławce Arsenalu, wreszcie udowadnia grą, że można na niego stawiać w reprezentacji. W meczu z Gruzją zapewne szansę dostanie Thiago Cionek, najmniej poważny kadrowicz Nawałki, który zastąpi wykartkowanego Kamila Glika. Szczęście w nieszczęściu: dobrze, serce nie zostało wyrwane z drużyny przed trudniejszym meczem.

Po Irlandii nie ma powodów do optymizmu. Wynik naprawdę był lepszy od gry – rwanej, nerwowej, momentami rozpaczliwej. A przecież o rywalach też nie powiemy zbyt wiele dobrego. Przed kadrą jeszcze długa droga. Nie jest jeszcze tak dobrze, jak można to wyczytać z tabeli.

środa, 14 maja 2014

Największym beneficjentem meczu reprezentacji Polski z Niemcami był PZPN, który na całej imprezie zarobił kilkaset tysięcy euro. Dla kadry wycieczka do Hamburga nie miała większego znaczenia – ani jej nie zaszkodziła, bo trudno już to zrobić, ani specjalnie nie pomogła. 

Adam Nawałka będzie oczywiście przekonywał, że gra z niemiecką drużyną przyszłości miała głęboki sens, była niezbędna w kontekście nadchodzących eliminacji do mistrzostw Europy – taki już los selekcjonera – ale trudno ten mecz traktować poważnie. Swoim charakterem przypominał zimowe sparingi kadry w ciepłych krajach, które przez lata służyły przede wszystkim do zarabiania pieniędzy i produkcji coraz bardziej niedorzecznych reprezentantów kraju. PZPN zapowiedział, że zerwie z takimi wyprawami, ale przecież nic nie szkodzi, by od czasu do czasu podobne wyjazdy opakować atrakcyjniej i zorganizować w innym terminie. Tak było tym razem – rywal był znacznie bardziej markowy niż podczas zwykłych zgrupowań, mecz rozegrano na porządnym stadionie, a biało-czerwoni zagrali w silniejszym składzie niż w podobnych przypadkach. Wartość tego sprawdzianu była jednak podobna do gierek rozgrywanych dawniej na tureckiej prowincji. Można się tylko zastanawiać, czy większego pożytku reprezentacji nie przyniosłaby konsultacja składająca się wyłącznie z treningów i krótkiej gry wewnętrznej. Niewykluczone, ale przecież na takim obozie nie dałoby się nic zarobić.

Mecz z Niemcami dał kilka odpowiedzi, ale raz, że większość z nich od dawna wszyscy mieli na końcu języka, dwa – pytania były raczej trzeciorzędne.

Najwięcej emocji budziło powołanie Thiago Cionka. W debiucie w reprezentacji Polski wypadł przyzwoicie, ale też potwierdził opinię, którą pozostawił po sobie w Ekstraklasie. To wciąż przecina, prosty piłkarz, który potrafi grać twardo, czasami – jak pamiętamy – brutalnie i nieźle radzi sobie w kryciu. Cionek może znaleźć swoje miejsce na zapleczu reprezentacji, jako kolejny stoper do gry w kryzysowych sytuacjach, ale w żadnym razie nie odmieni jej gry. Inwestowanie w niego byłoby niezrozumiałe.

Kadry nie zbawi też Marcin Robak, który i tak walczy tylko o pozycję zmiennika Roberta Lewandowskiego. To bardzo dobry napastnik w warunkach ligowych i tylko w nich. Poziom międzynarodowy to dla Robaka zbyt wysokie progi – nie przekonał w Turcji, nie potrafi też odnaleźć się w reprezentacyjnych epizodach nawet z kiepskimi rywalami.

Próbowanie Robaka w kadrze to strata czasu, być może rozpaczliwa konieczność, ale w ten sposób Nawałka kupuje sobie spokój. Nikt nie może mu zarzucić, że pomija napastnika, który w Ekstraklasie nastrzelał tyle goli. Selekcjoner powinien jednak patrzeć w perspektywie kilkunastu miesięcy. A Robak ma już przecież 32 lata, dopiero teraz rozgrywa swój życiowy sezon i wiele wskazuje, że już nigdy nie zbliży się do tego poziomu.

Kiepska gra Robaka w Hamburgu w dużym stopniu wynikała też z marnej gry centrum drugiej linii. To poważny problem, bo akurat te pozycje były obsadzone optymalnie. Grzegorz Krychowiak i Mateusz Klich są pewniakami na mecze eliminacyjne, wysokie notowania – choć najwyższe akurat kiedy nie ma go w kadrze – ma Ludovic Obraniak. Z Niemcami cała trójka raczej skupiała się na przeszkadzaniu, miała problemy z prowadzeniem akcji biało-czerwonych, nie potrafiła przejąć inicjatywy na boisku i utrzymać piłki. Lepiej w tych elementach prezentowała się niemiecka młodzież, która przecież w takim składzie grała po raz pierwszy.

Skoro tak było teraz, to strach pomyśleć, co będzie, gdy z Krychowiakiem, Klichem i Obraniakiem będzie rywalizował pierwszy garnitur Niemiec albo twardzi Irlandczycy i Szkoci. Reprezentacja Polski to dzisiaj wyjątkowo ciężki przypadek. Kadra od dawna tkwi w marazmie, nadal nie gra w piłkę i nie daje żadnych powodów do optymizmu.

 

czwartek, 06 marca 2014

Przed meczem ze Szkocją Adam Nawałka mówił, że chce zobaczyć postęp w grze reprezentacji. Nic dziwnego – każdy by chciał. Nie wiadomo tylko, w jaki sposób miałby się on nagle dokonać. Kadra spotkała się po raz pierwszy od ponad trzech miesięcy (nie liczę śmiesznych meczów w ligowym składzie), piłkarze pracowali z nowym trenerem mniej niż dwa tygodnie, a część tego czasu została zmarnowana na głupie eksperymenty. W dodatku Nawałka nie jest magikiem, który zaczaruje drużynę i szybko odmieni jej grę. To trenerski długodystansowiec. Na stanowisko selekcjonera nie wyniosły go błyskawiczne efekty i wyniki – te w końcu były mało spektakularne – ale mozolne dłubanie przy mechanizmie Górnika. Do tego potrzeba jednak czasu, którego w pracy z reprezentacją permanentnie brakuje.

Oczekiwanego przez Nawałkę postępu też nie ma. Mecz ze Szkocją był smutną kontynuacją kursu na dno. Statystyki są przerażające. Biorąc pod uwagę tylko mecze o stawkę i poważne sparingi, po Euro 2012 reprezentacja wygrała tylko z Mołdawią, RPA, San Marino, Liechtensteinem i Danią. Wszystko to albo słabe drużyny, albo średniak w kryzysie. Solidni europejscy przeciętniacy są już dla nas za mocni. Nie pozawalają nawet strzelić sobie gola – biało-czerwoni nie potrafią wcisnąć go od 465 minut.

Równie kiepskie jest wrażenie, które zostaje po grze kadry. Zupełnie nie widać po niej zmiany trenera. Nawałka pomieszał trochę w personaliach, wprowadził kilka zmian, ale wszystko okazało się niewiele warte i szybko musiał zrewidować swoje plany. Może to kwestia braku czasu, pewnych rzeczy nie da się zrobić od razu, ale nie widać też, by trener tchnął w drużynę nowego ducha. Nie ma w niej energii. Na razie to ciągle bardziej toporna i mdła reprezentacja Waldemara Fornalika, niż jakikolwiek zaczyn nowej jakości. A przecież trenera nie zmienia się po to, żeby było tak samo, tylko po to, żeby było lepiej.

Reprezentacja ma wiele słabych punktów, pewne problemy – choćby gra środkowych obrońców – ciągle pozostają nierozwiązane, a kandydaci na ważne postaci drużyny nie zawsze są odpowiednio wykorzystani. Pomysł na grę można wyłuskać tylko z wypowiedzi selekcjonera, bo na boisku wciąż go nie widać. Czasami wydaje się nawet, że Nawałka wiele próbuje dojść do celu metodą prób i błędów. Tomasz Brzyski zaczynał u obecnego selekcjonera na prawej pomocy, potem został przerzucony na lewą flankę, a w meczu ze Szkocją cofnięty do obrony. Wygląda to tak, jakby Nawałka uznał, że piłkarz Legii powinien grać w kadrze, ale sam jeszcze nie wie gdzie dokładnie. To detal, ale może też wskazówka, jak ta reprezentacja naprawdę się tworzy.

Zastrzeżenia budzi też sposób prowadzenia drużyny w trakcie meczu. Przeciwko Szkocji reprezentacja po zmianach zaczęła przypominać pospolite ruszenie. W końcówce na boisku było trzech napastników, czterech piłkarzy środka pola, ale za to żadnego skrzydłowego. Nie było planu, był przypadek. Można było odnieść wrażenie, że selekcjoner nagle sobie ubzdurał, że wystarczy wpuścić na boisko kilku napastników, a gole zaczną strzelać się same. Z takiego chaosu nie mogło urodzić się nic dobrego.

Mecz ze Szkocją miał być najważniejszym testem przed startem eliminacji mistrzostw Europy. Innych może już nie być, bo kolejne sprawdziany zaplanowano poza oficjalnymi terminami FIFA i kluby nie muszą puścić swoich zawodników na zgrupowanie kadry. Na razie Nawałka musi zatem prowadzić selekcję negatywną w oparciu o dotychczasowe mecze towarzyskie. Jeśli nadal będzie tak intensywna jak do tej pory, to na starcie eliminacji do Euro 2016 nie będzie komu grać w kadrze.

Na razie trudno o optymizm. Pocieszenia można szukać głównie w przeszłości. Jerzy Engel zaczynał swoją kadencję równie marnie, kadra długo zawodziła i przez wiele minut nie potrafiła strzelić gola, ale w końcu pięknie się rozwinęła i awansowała na azjatycki mundial. Rzecz w tym, że wtedy biało-czerwoni przegrywali z Hiszpanią, Francją i Holandią, a teraz dostają w łeb od Słowacji i Szkocji.

 

środa, 05 marca 2014

Reprezentacja Polski miała bardzo różnych kapitanów. Byli nimi wybitni piłkarze – Włodzimierz Lubański, Kazimierz Deyna, czy Zbigniew Boniek. Zdarzało się też, że opaskę na ramię zakładali przypadkowi ludzie – Paweł Kaczorowski, Adam Kokoszka, a nawet Mariusz Pawełek. Byli mądrzy i głupi, impulsywni i spokojni, krótko ostrzyżeni i tacy z długimi włosami. Nigdy jednak kapitanem reprezentacji był piłkarz, który wcześniej został skazany za korupcję. Aż do teraz. Jeśli nikt się nie zreflektuje, to Łukasz Piszczek będzie pierwszym i – miejmy nadzieję – ostatnim zawodnikiem na tej niechlubnej liście. Powierzenie mu kapitańskiej opaski to skandaliczna decyzja Adama Nawałki i cios w sukcesywnie ocieplany wizerunek PZPN.

Fakt, że reprezentacja nie miała jeszcze kapitana z wyrokiem za handlowanie meczami wcale nie musi być dowodem dawnej uczciwości i wysokich standardów. Meczami kupczono od zawsze, pozostało po tym wiele barwnych anegdot, ale bardzo długo można było to robić zupełnie bezkarnie. Przepisy wprowadzające odpowiedzialność karną za korupcję w sporcie weszły w życie dopiero w połowie 2003 roku. Nikt nie wie, ilu dawnych bohaterów może wznosić toasty za to, że prawo nie działa wstecz.

Teraz sytuacja jest klarowna – handlowanie meczami to przestępstwo, sporo wiadomo o skali tego procederu, a długa lista osób z wyrokami jest jawna. Problemem pozostają jednak standardy. Szanuję prawo skazanych do drugiej szansy. Jeśli dostają ją od państwa mordercy i złodzieje, a do sportu wracają byli dopingowicze, to po pierwszej wpadce powinni dostać ją również zamieszani w korupcję. Droga do niektórych zaszczytów musi dla nich jednak na zawsze pozostać zamknięta. Pewnych granic nie można przekraczać. Dariusz Wdowczyk może być trenerem w lidze, ale nigdy nie powinien zostać selekcjonerem reprezentacji. Piszczek może grać w kadrze, ale nie powinien być jej kapitanem. Proste. To nie jest kwestia wpisania zakazu do jakiegoś regulaminu, ale wyczucia, zasad i zwyczajnej przyzwoitości.

Adam Nawałka często opowiada, że wzoruje się na włoskich trenerach. Nie powinien jednak ograniczać się tylko do analizowania taktyki i metod treningowych, ale także przyjrzeć się wartościom, którymi kierują się niektórzy z nich. Kiedyś Cesare Prandelli powołał do reprezentacji drugoligowego piłkarza, który ujawnił otrzymaną propozycję ustawienia meczu. To miała być nagroda i promocja uczciwych postaw w trawionym przez korupcję włoskim futbolu.

Nie można powiedzieć, że Nawałka zrobił coś zupełnie przeciwnego i oddał Piszczkowi opaskę w uznaniu jego osiągnięć w kupowaniu meczów. Pamięć o nich nie miała niestety żadnego znaczenia. Szkoda, bo tej wstydliwej sytuacji można było uniknąć. A tak pozostanie tylko olbrzymi niesmak.

 

piątek, 13 września 2013

Kadra Waldemara Fornalika wygrała z San Marino, ale na razie – parafrazując klasyka – to nie ma żadnego znaczenia, że wygrała. Scenariusz końcówki eliminacji jest rozpisany, brakuje w nim miejsca na happy end, a dni selekcjonera są już policzone bardzo dokładnie. Szybko zbliża się ulubiony czas wielu dziennikarzy i kibiców. Wreszcie można rozkręcić karuzelę kandydatów i poprzerzucać się nazwiskami swoich faworytów. Często wszystko jest oderwane od rzeczywistości, tak jak papierowe składy i mecze, które w dzieciństwie rozgrywało się na kartkach zeszytu w kratkę.

Cały tekst na portalu "Krótka Piłka".

sobota, 07 września 2013

Reprezentacja Fornalika kojarzy mi się ze zdjęciem, które niedawno pojawiło się na jednym z portali. Grupka kadrowiczów idzie do hotelu, każdy jest inaczej ubrany – Eugen Polanski chyba w ciążowej bluzce – każdy patrzy w swoją stroną i chyba łączą ich tylko posępne twarze. To oczywiście przypadek, moment zatrzymany w kadrze, ale myślę sobie, że jest w tej scence coś symbolicznego. Kadrę Fornalika lepiej ilustruje zdjęcie piłkarzy ciągnących te swoje wielkie walizki niż jakiekolwiek zrobione na boisku. Na ciągnięcie bagaży starczyło umiejętności, na ciągnięcie drużyny na mistrzostwa świata już nie.

Tutaj przeczytasz cały tekst.

czwartek, 15 grudnia 2011

Franciszek Smuda robi wszystko, żeby nie przeoczyć żadnego kandydata do gry w kadrze - na zgrupowania powołuje nawet tych, którzy się nie nadają i nie wiadomo, czy kiedykolwiek będą się nadawać. W piątkowym meczu z Bośnią i Hercegowiną da pograć następnej grupce z szerokiego zaplecza; tak szerokiego, że trzeba nieźle pogrzebać w alfabecie, żeby znaleźć odpowiednią literę na oznaczenie tego zespołu. To jeszcze kadra C? A może już D? Zresztą mniejsza o etykietki - po prostu przykro robi się, kiedy patrzy się na te smutne, bylejakie mecze, bardziej przypominające treningową gierkę na bocznym boisku niż w miarę poważną piłkę.

Było takich gier już kilka, z każdą na pysk leci renoma kadry, mnożą się absurdalni, jednorazowi reprezentanci i topnieją wymagania wobec kandydatów na kolejnych. Kiedyś nawet żeby znaleźć się w ligowym składzie trzeba było coś znaczyć, dobrze zapracować na szansę. Dzisiaj kadra przypomina tramwaj, do którego każdy może na chwilę wskoczyć i przejechać chociaż jeden przystanek. Nie trzeba już właściwie nic, wystarczy być stosunkowo młodym, mignąć w lidze i nie zdążyć się w tym czasie zbłaźnić. Bramkarz Rafał Gikiewicz powołanie dostał po zaledwie pięciu meczach w tym sezonie, a zanim zdążył wyjechać na zgrupowanie kadry wrócił na ławkę rezerwowych Śląska. Filipowi Modelskiemu wystarczyło jedenaście meczów w kiepskim Bełchatowie, a od dawna słabemu Szymonowi Pawłowskiemu najpewniej znajomość z selekcjonerem. A - jakby dziwactw było mało - w kadrze nie ma żadnego nominalnego lewego obrońcy, a trójka powołanych napastników jest w tabeli strzelców ekstraklasy o kilka goli za jednym z asystentów Smudy…

Na wycieczkę do Turcji pojechał też Sebastian Mila, co odbiło się w mediach niejakim echem. Nie jest to dla niego - jak chcą niektórzy - żaden test; takie postawienie sprawy jest niedorzeczne, bo poważniejsze egzaminy niż przeciwko bośniackiej zbieraninie (tworzącej się niechętnie, chyba wręcz z obrzydzeniem) zdaje co tydzień w lidze. Jego powołanie to tylko konieczność, ktoś w końcu musiał pojechać na zgrupowanie, a w takim sorcie nie można było pominąć wiodącego piłkarza lidera tabeli. Przy okazji Smudzie nadarza się zręczna okazja do zabicia tematu Mili w kadrze; już zawsze będzie mógł zbywać pytania o niego opowiadając, że dostał szansę, której nie wykorzystał. Chyba, że i w tym temacie coś się zmieni - za tokiem rozumowania Smudy w końcu często trudno nadążyć.

Nie wierzę w sportowy sens tego meczu i kolejnych w podobnym składzie, które pewnie regularnie będą się odbywać w lutym i grudniu. Jeśli ktoś jest dobry, to nie potrzebuje takich wycieczek, sprawdzi się z najlepszymi. Ale to przecież nie jest wymysł Smudy ani jego poprzedników, których też uszczęśliwiano w podobny sposób zapychając kalendarz. Potrzebuje ich ktoś inny - ten, kto wpadł na pomysł, podpisał papiery i robi na tej chałturze biznes. Może więc kiedyś-kiedyś powołania opłacałoby się rozdać w wyniku loterii sms-owej. Zawsze kilka złotych więcej…

Tagi: Polska
21:53, bartoszewsky , Biało-czerwoni
Link Komentarze (1) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 10