Na stadionach Polski i Świata.

Mundialowe refleksje

piątek, 18 lipca 2014

Niemcy z Pucharem Świata / fot. skysports.com

Trudno znaleźć odpowiednie słowo do opisania obecnej pozycji reprezentacji Niemiec w światowej czołówce. Powiedzieć, że jest mocna, to tak naprawdę nie powiedzieć nic. Że się w niej liczy – też za mało. Że będzie głównym faworytem kolejnych turniejów – już bliżej, ale nie do końca o to chodzi. Nie można też jeszcze mówić o dominacji Niemców, ta przecież wymaga stworzenia złotej dynastii, choćby takiej jak ta hiszpańska, którą obalono na mundialu w Brazylii. Na razie mamy jej zapowiedź. Tylko albo aż – zależy jak się na to spojrzy.

Tylko, bo Niemcy ciągle mają mocarstwowe ambicje, od lat kończą wielkie turnieje w strefie medalowej, ciągle są blisko trofeów, ale na razie musieli się zadowalać – z ich punktu widzenia – zaledwie czymś w rodzaju nagród pocieszenia. Kilkanaście lat temu, na początku tego serialu, to jeszcze cieszyło, lecz z biegiem czasu stało się niewystarczające. Radość zaczęła przegrywać z rozczarowaniem. Po kolejnych turniejach pozostawała zadra, że znów było blisko, ale jeszcze raz nie udało się wziąć pełnej puli.

Aż, bo reprezentacja wreszcie wdrapała się na szczyt świata i ma przed sobą wspaniałe perspektywy. Niemcy doczekali się młodej, ale już bardzo doświadczonej drużyny, na której sukcesy pracuje mądry trener, silna liga i wydajne szkolenie młodzieży. To nie musi być gwarancja kolejnych zwycięstw – takich w sporcie nikt nie udziela. Niemieckie sukcesy mają jednak bardzo silne podstawy, są efektem działania całego systemu, a nie przypadku. Ordung muss sein. To uprawdopodabnia kolejne triumfy.

Jedno jest pewne – w ostatnich latach nie było drugiej tak regularnej reprezentacji. Francuzi kończyli XX wiek jako mistrzowie świata i Europy, a dosłownie przed chwilą zakończyła się złota epoka reprezentacji Hiszpanii, jednak te sukcesy skumulowały się w najwyżej trzech turniejach i były pozbawione medalowej obstawy.

Niemcy na podium wielkich turniejów stoją od kilkunastu lat. W XXI wieku nie dostali się do strefy medalowej tylko raz – podczas fatalnych dla nich mistrzostw Europy w 2004 roku. Pozostałe sześć startów kończyli na podium. Przy okazji zwycięstwa na mundialu w Brazylii ustanowili nowy rekord – zdobyli medal na czwartych mistrzostwach świata z rzędu. Bez kontekstu to osiągnięcie jest może mało istotne, sucha statystyka ginie w radości z sukcesu, lecz bardzo dobrze pokazuje na jak wysokim poziomie Niemcy ustabilizowali się w ostatnich latach. Tak długa obecność w czołówce to wydarzenie bez precedensu. Nikt wcześniej nie mógł pochwalić się tak efektowną passą.

Ta seria to historia zmian. Z pierwszego z czterech mundialowych medali, wicemistrzostwa świata w 2002 roku, pozostał już tylko szyld, barwy i Oliver Bierhoff, który wtedy był rezerwowym napastnikiem reprezentacji, a dzisiaj jest jej menedżerem. (Oraz Miroslav Klose, wtedy i teraz podstawowy napastnik, dopisek dzięki obywatelskiej korekcie z komentarzy). Poza tym zmieniło się wszystko – od trenera, przez zawodników i styl gry, po atmosferę wokół reprezentacji. Siermiężni kiedyś Niemcy zyskali atrakcyjne oblicze. Może dlatego kadrę z mundialu w 2002 roku traktuje się jako osobny byt, nie łączy z obecnymi sukcesami, nawet jako prolog i tło tej opowieści. Rewolucja zaczęła się dwa lata później, kiedy selekcjonerem został Jürgen Klinsmann. To punkt zwrotny w dziejach reprezentacji Niemiec. Kadencja Klinsmanna trwała tylko dwa lata, ale jest powszechnie uznawana za zaczyn jej obecnych sukcesów.

Ewolucja trwa cały czas. Na różnych płaszczyznach. Z reprezentacji, która zajęła trzecie miejsce na mistrzostwach świata w 2010 roku na mundial do Brazylii pojechało tylko 11 piłkarzy. Od Euro 2012 zmieniło się trochę mniej – w kadrze zostało 16 zawodników. Niektórzy wypadli z niej na skutek kontuzji, innych wyparli lepsi, dzięki czemu w drużynie ciągle pojawiała się świeża krew. Hierarchia była ustalona, lecz skład nie był zaimpregnowany na zmiany. I tak będzie nadal. Kilku zawodników zechce wrócić do reprezentacji, pojawią się nowi kandydaci do gry, a ktoś przestanie w niej grać. Stagnacja raczej jej nie zabije.

Ruch w drużynie było też widać w trakcie samych mistrzostw. Joachim Löw mieszał w składzie, przestawiał zawodników na inne pozycje i zmieniał ustawienie. Wszystko przyniosło pożądany efekt. Niemcy byli najbardziej kompletną drużyną na całym turnieju. Świetnie ułożony zespół z kilkoma wiodącymi indywidualnościami – Manuelem Neuerem, Philippem Lahmem, Tonim Kroosem, czy Thomasem Müllerem. A jeśli już pojawiały się braki, to Löw dobrze je klajstrował. Nie miał lewego obrońcy, postawił w tym miejscu stopera Benedikta Höwedesa, który odwdzięczył się dość bezpieczną, ale solidną grą.

I jeśli w futbolu naprawdę można mówić o zasłużonych zwycięstwach, to taka właśnie była wygrana Niemców. Byli najlepsi na przestrzeni całego turnieju, byli też lepsi w finale. Kilka razy zagrali imponująco – 7:1 z Brazylią to nie tylko historia wielkiej hańby, ale również popis umiejętności, demonstracja siły i trudnego do pojęcia zwycięstwa, które będzie przypominane do końca świata.

A przecież z Niemcami znowu miało być coś nie tak: nie potrafili wygrywać w najważniejszych próbach, nie byli zwycięzcami, a ich moment przeminął gdzieś między mundialem w RPA a polsko-ukraińskimi mistrzostwami Europy. Nic z tych rzeczy.

Zwycięstwo na mundialu może być początkiem złotej epoki Niemiec. Gdy Joachim Loew mówił, że jego drużyna zdominuje reprezentacyjny futbol nawet w przypadku porażki z Argentyną, brzmiało to jeszcze jako szykowanie gruntu pod ewentualne niepowodzenie. Kolejne pocieszenie na wypadek porażki. Po finale mówi o tym już z dużą pewnością, ale ze złotym medalem na szyi podobne deklaracje łatwiej przechodzą przez gardło, a człowiek jest bardziej  przekonywający. Zwłaszcza że koniunktura jest sprzyjająca i za panowaniem Niemców w najbliższych latach przemawia bardzo dużo.

 

fot. skysports.com

poniedziałek, 14 lipca 2014

Thomas Muller / goal.com

Jeśli Lukasa Podolskiego nazywaliśmy piłkarzem reprezentacyjnym, bo w kadrze wznosił się na poziom, który był dla niego niedostępny w klubie, to Thomasa Müllera należy ochrzcić zawodnikiem mundialowym. Różnica w osiąganych przez niego pułapach jest oczywiście mniejsza, nie budzi się raz na cztery lata, po prostu klimat mistrzostw świata bardzo mu służy. Już po roku poważnego grania w Bayernie stał się jedną z rewelacji mundialu w RPA, zdobył na nim tytuł króla strzelców, a bilans bramek i asyst powtórzył w Brazylii. W dwóch turniejach miał bezpośredni udział przy 16 z 34 goli reprezentacji Niemiec. Łącznie na mistrzostwach świata strzelił aż 10 ze swoich 22 goli w kadrze. A przecież zagrał na nich dopiero 13 meczów.

Müller to weltklasse, czołówka w swojej kategorii, chociaż nie jest to piłkarz, w którym można zakochać się od pierwszego wejrzenia. Docenia się go dopiero po dłuższym poznaniu. Müllera można opisać wieloma cechami, którymi przez lata charakteryzowano całą reprezentację Niemiec. Świetny rzemieślnik, który jednak nie olśni sposobem gry. Strzeli gole, będzie asystował, mocno popracuje dla drużyny, wybiega dużo kilometrów – zresztą wygląda trochę jak średniodystansowiec – lecz gdy przyjdzie do rozdzielania nagród indywidualnych, najpierw dostaną je Manuel Neuer, Philipp Lahm i Toni Kroos.

Ze względu na swoje cechy Müller byłby bardzo wartościowy dla każdej drużyny. To piłkarz wielofunkcyjny, który dobrze odnalazłby się w wielu miejscach na boisku, w każdym grając z korzyścią dla zespołu. Wyobrażam sobie, że to ten typ zawodnika, który po okresie adaptacji byłby pożytecznym środkowym pomocnikiem, a w awaryjnej sytuacji dałby sobie radę nawet na prawej obronie. Może to lepszy model Dirka Kuyta: za młodu napastnik, na stare lata nawet lewy obrońca.

Na razie nie ma co kombinować, bo Müller jest bardzo wydajnym atakującym. Niewykluczone, że w przyszłości pobije rekord mundialowych goli Miroslava Klose. Brakuje mu jeszcze siedmiu goli. Nie wydaje się, by Müller nagle zgasł, to raczej nie jest chimera podatna na wahania formy, więc bardzo prawdopodobne, że będzie zdobywał bramki jeszcze na dwóch następnych mundialach. Chyba, że Joachim Loew i Josep Guardiola rzeczywiście znajdą mu nową rolę w swoich drużynach.

 

fot. goal.com

niedziela, 13 lipca 2014

Joachim Loew / fot. skysports.com

Joachim Loew dwukrotnie prowadził drużynę w finale międzynarodowych rozgrywek. Oba mecze przegrał. Trzecią szansę na zwycięstwo otrzyma w mistrzostwach świata.

Podkreślmy: międzynarodowych rozgrywek, bo krajowe finały uzbierały się jeszcze dwa. Wygranie dla VfB Stuttgart Pucharu Niemiec w 1997 było wstępem do dobrej gry w Pucharze Zdobywców Pucharów, a zwycięstwo w Superpucharze Austrii okazało się miłym początkiem złej przygody z Austrią Wiedeń.

PIERWSZY

W 1998 roku Loew doprowadził VfB Stuttgart do finału nieistniejącego już Pucharu Zdobywców Pucharów, w którym rywalem niemieckiej drużyny była Chelsea. W mało zajmującym meczu na stadionie Raasunda w Solnej lepsi byli bardziej zdeterminowani Anglicy, którymi z boiska dowodził – tu rzadki przypadek na takim poziomie – grający menedżer Gianluca Vialli. Gola na wagę zwycięstwa strzelił Gianfranco Zola. To było prawdziwe wejście smoka. Włoch pojawił się na placu gry kilkadziesiąt sekund wcześniej.

Loew miał wtedy silną drużynę. Co prawda po odejściu Giovanego Elbera do Bayernu rozpadł się ofensywny trójkąt, który był wizytówką VfB, lecz w Stuttgarcie zadbano o godne zastąpienie Brazylijczyka. W jego miejsce sprowadzono cenionego w Niemczech Jonathana Akpoborie, który miał stanowić o sile ataku drużyny Loewa razem z Fredim Bobiciem i Krasimirem Bałakowem. Plan się powiódł – Nigeryjczyk strzelił w lidze dziesięć goli, sześć dołożył w PZP, w którym był najlepszym strzelcem drużyny.

Nieźle było też na innych pozycjach. Ważną figurą w tamtym VfB był Zvonimir Soldo, który kilka tygodni później zdobył z Chorwacją brązowy medal na mundialu we Francji. W obronie grali doświadczony Thomas Berthold, mistrz świata z 1990 roku, oraz Murat Yakin, który dzisiaj z powodzeniem prowadzi FC Basel. Bramki bronił solidny Franz Wohlfahrt, wielokrotny reprezentant Austrii.

DRUGI

Na następny finał międzynarodowych rozgrywek Loew czekał nieco ponad dziesięć lat. Scena była znacznie większa – wiedeński Prater, mecz o złoto mistrzostw Europy, które odbyły się w Austrii i Szwajcarii.

Ten mecz wieńczył pierwszą dwulatkę Loewa w roli selekcjonera reprezentacji Niemiec. Kadrę przejął od Jurgena Klinsmanna, któremu asystentował w drodze po brązowy medal mistrzostw świata w 2006 roku. Nie da się rozstrzygnąć, kto miał większy wkład w odnowę reprezentacji. Podobno Klinsmann wniósł do pracy z kadrą świeże spojrzenie, amerykańskie metody i dobrą atmosferę, a Loew miał dbać przede wszystkim o taktykę. Podobno. Jakby nie było, praca tego duetu przyniosła bardzo dobry rezultat.

Kadencja Klinsmanna tchnęła entuzjazm w skostniały niemiecku futbol, dobra gra na mistrzostwach świata dała mu dużo energii, a trzecie miejsce na świecie wywołało euforię. To był tylko początek drogi reprezentacji Niemiec do sukcesów. Największy postęp kadra zrobiła już pod wodzą Loewa. I można się tylko dziwić, że przed trwającym mundialem najbliżej zwycięstwa była na początku jego pracy, właśnie w 2008 roku, a nie na następnych turniejach. Przecież już niedługo cała niemiecka piłka nabrała wielkiego rozpędu, do reprezentacji awansowało wielu utalentowanych piłkarzy, co przełożyło się na lepszą i atrakcyjniejszą grę kadry.

TRZECI

Za kadencji Loewa reprezentacja Niemiec stała się bardzo regularna – na każdym turnieju przebijała się do strefy medalowej. Zawsze brakowało jednak kropki nad "i", nigdy nie wygrała, chociaż w trakcie mistrzostw stawała się głównym faworytem do złota. Niemcy grali efektownie, z rozmachem, strzelali dużo goli, lecz w decydującym momencie zawsze zawodzili. Tak było przecież i we wspomnianym finale z 2008 roku, i w półfinale mundialu w 2010 roku z Hiszpanią, i w przegranym meczu z Włochami na Euro 2012.

Po tych meczach pojawiła się opinia, że Loew nie jest zwycięzcą. Kilka razy był blisko, ale w najważniejszych momentach przegrywał.

Teraz może pozbyć się tej łatki. Scena będzie największa z możliwych – finał mistrzostw świata na Maracanie.

Niemcy mieli różne momenty na tym mundialu. Zaczęli od rozbicia Portugalii, przeżywali trudne chwile z Ghaną i Algierią, pewnie wygrali z Francją, wreszcie zdemolowali Brazylię. Ten mecz był ich popisem, nikt wcześniej nie widział na tym poziomie czegoś podobnego, chyba też już nie zobaczy, bo takie wydarzenia mają miejsce raz na sto lat. Niemcy udawało się na boisku wszystko; to był popis z tych, które trudno oddać słowami. 

Zawsze po takich meczach powstaje wrażenie, że już w następnym musi być dół, kryzys, słabsza forma. To trochę intuicyjne sprowadzenie sprawy do tego, że Niemcy się wystrzelali, osiągnęli swój szczyt i kilka dni później nie mogą zagrać nawet w połowie tak znakomicie. Twardszy argument: Argentyna jest drętwa w ataku, ale akurat w obronie solidna, ostrożna i wyrachowana. Nie da się z nią pograć tak jak z Brazylią.

Niemcy czekają na złoto wielkiego od mistrzostw Europy w 1996 roku. Nie mają na co narzekać, w XXI wieku tylko raz nie zdobyli medalu, lecz z niecierpliwością czekają na zwycięstwo.

Loew też nie może doczekać się chwili triumfu. Dwa finały już przegrał. Do trzech razy sztuka?

fot. skysports.com

sobota, 12 lipca 2014

Louis van Gaal / fot. goal.com

Gdybym miał wskazać jedną rzecz, która kojarzy mi się z Louisem van Gaalem, to wybrałbym notes.

I

Na początku lat 90-tych Louis van Gaal odważnie postawił na utalentowanych wychowanków, wsparł ich kilkoma doświadczonymi piłkarzami i zbierał owoce swojej pracy. Najpierw mniejsze, w 1992 roku jego drużyna zdobyła Puchar UEFA, ale już trzy lata później stolica europejskiego futbolu przeniosła się do Amsterdamu. Ajax wygrał z Milanem w finale Ligi Mistrzów. Po boisku biegali zaczynający kariery Edgar Davids, Clareence Seedorf, Marc Overmars oraz nieco starsi Jari Litmanen i bracia Frank i Ronald de Boer.

Tak, tak, to były czasy, gdy van Gaal miał zespół jak ze sloganu telewizyjnej reklamy... środka do czystości. Praca z Ajaksem naprawdę była wtedy czystym relaksem.

Później było już gorzej. Ajax jeszcze raz zdołał awansować do finału Ligi Mistrzów, w którym przegrał po rzutach karnych z Juventusem, rok później odpadł z nim w półfinale tych rozgrywek, ale to były ostatnie chwile jego obecności w europejskiej czołówce. Wypadł z niej po odejściu van Gaala i najlepszych zawodników, których nigdy nie udało się zastąpić. Nawet wtedy, gdy dla Ajaksu razem grali Zlatan Ibrahimović, Wesley Sneijder i Rafael van der Vaart.

Zmieniły się realia. Do gry w Lidze Mistrzów dopuszczono więcej drużyn, konkurencja stała się mocniejsza, a do najlepszych lig popłynął strumień pieniędzy. Eredivisie została na marginesie i stopniowo traciła pozycję. Czasami jeden z jej przedstawicieli napisał ładną historię w europejskich pucharach, Feyenoord zdobył nawet Puchar UEFA, lecz to były już tylko popłuczyny po dawnych czasach.

Ajax nie mógł już ścigać się o utalentowanych piłkarzy z bogatszymi klubami wielu lig, a tych, których wyszarpał konkurencji, nie mógł zbyt długo utrzymać. Klub, który kiedyś był wielkim portem, stał się tylko przystanią dla zawodników, którzy chcieli wypłynąć na szerokie wody.

II

Gdybym miał wskazać jedną rzecz, która kojarzy mi się z Louisem van Gaalem, to wybrałbym notes. Ajax zawsze kojarzył się z białymi koszulkami z czerwonym pasem. Znakiem rozpoznawczym van Gaala szybko stał się położony na kolanach zeszyt.

Piłka wyszła na aut – van Gaal pisał.

Ajax tracił gola – van Gaal pisał.

Ajax zdobył bramkę – van Gaal na moment odkładał notes, chwilę cieszył się z gola, lecz szybko wracał do swoich papierów.

Wtedy patrzyło się na te scenki z dużym zainteresowaniem, teraz widok trenera z wielkim notesem spowszedniał. Niektórzy trzymają go pod pachą chyba tylko dla picu, by budować obraz trenera-intelektualisty, a przynajmniej zasugerować publiczności, że wbrew pozorom umieją czytać i pisać.

Zawsze chciałem zajrzeć do trenerskich notesów, by sprawdzić, czy to tylko zbiór kółek i kresek, czy raczej przegląd haseł potrzebnych do szybkiej analizy w trakcie meczu, czy może kryją się tam jeszcze inne skarby. Kiedy widzę piszącego Jose Mourinho, to podejrzewam, że notuje bon-moty, które później przydają mu się na konferencjach prasowych.

No dobra, przesadzam, pewnie Portugalczyk podpatrzył ten patent u van Gaala, któremu asystentował w Barcelonie, ale książka zebrana z notatek tworzonych przez trenerów byłaby interesującą lekturą. Raczej mozolną, trudną, momentami abstrakcyjną, ale niebanalnie portretującą ich pracę.

III

Tamten Ajax zaplątał mi się w kontekście mistrzostw świata nieprzypadkowo. Na jego największy sukces zapracowali ludzie, który na mundialu w Brazylii doprowadzili Holandię do strefy medalowej.

Szefem w obu przypadkach był oczywiście van Gaal.

Po jego prawej ręce na ławce rezerwowych reprezentacji Holandii siedzi Danny Blind, który przez wiele lat był kapitanem Ajaksu. To on w 1995 roku odebrał Puchar Mistrzów po zwycięstwie z Milanem. Jego syn Daley jest na tym mundialu podstawowym piłkarzem reprezentacji. Tata może być dumny z jego gry.

Z lewej strony van Gaal ma Patricka Kluiverta, który strzelił jedynego gola w tamtym finale.

Dwa krzesełka dalej siedzi Frans Hoek, specjalista od szkolenia bramkarzy i stałych fragmentów gry, który dwadzieścia lat temu był w sztabie szkoleniowym Ajaksu.

Każdy z nich wzorem van Gaala na kolanach trzyma duży notes. Na koniec mundialu będą mogli wykaligrafować słowo „sukces”, bo niezależnie od wyniku meczu o trzecie miejsce, tak trzeba traktować występ pomarańczowej reprezentacji na mistrzostwach świata.

Oczywiście, Holendrzy mieli na mistrzostwach sporo szczęścia. W fazie pucharowej prowadzili tylko przez kilka minut, a byli o krok od awansu do finału. Rzuty karne z Kostaryką wygrali po sztuczce van Gaala (która zresztą obróciła się przeciwko niemu już w następnym meczu, teraz jest krytykowany za to, że z Argentyną nie zmienił bramkarza) i świetnych interwencjach Tima Krula. Drogę do półfinału też mieli umiarkowaną, choć taką opinię akurat łatwo zbić, bo przecież na pewnym etapie o Meksyku mówiło się nawet jako o kandydacie do medalu.

Nie można jednak sprowadzić wyniku Holandii tylko do przypadku. Trudno o nim mówić wobec drużyny, która z trudnej grupy wyszła z kompletem punktów.

Van Gaal sprawnie zamaskował niedoskonałości Holendrów. Niedoświadczoną obronę wzmocnił trzecim stoperem, nastawił drużynę defensywnie, każąc atakować długimi podaniami i kontrami. Holandia długimi fragmentami grała brzydko, często ratował ją indywidualnymi rajdami Arjen Robben, lecz taki antyholenderski futbol okazał się skuteczny. To kolejny etap ewolucji: już na poprzednim mundialu reprezentacja Berta van Marwijka grała bardzo zachowawczo, van Gaal poszedł jeszcze krok dalej.

Taka była potrzeba chwili. Holandia ma mniejszy potencjał z drużyn strefy medalowej oraz od kilku odprawionych z mundialu w jego wcześniejszej fazie. W drużynie znalazło się wielu rzemieślników z średnich klubów, mało ogranych zawodników z flaczejącej Eredivisie, niewiele indywidualności. Dla van Gaala to dobre warunki do pracy, bo ma zmysł do pracy z piłkarzami na dorobku.

Holandię ciągnął za uszy Robben, który ma za sobą świetny turniej. Gra inaczej, niż zwykle, atakuje w bardziej urozmaicony sposób, częściej oddaje piłkę partnerom. Inne gwiazdy holenderskie gwiazdy były przygaszone. Sneijder był nierówny, miał przebłyski, ale też długie fragmenty, w których był pierwszym kandydatem do zmiany. Robin van Persie efektownie rozpoczął mistrzostwa, ale z każdym meczem grał słabiej i znów nie strzelił gola w fazie pucharowej wielkiego turnieju. W tym kontekście osiągnięcie Holendrów jest jeszcze bardziej wartościowe.

Przebudowa reprezentacji po fatalnych mistrzostwach Europy się powiodła. Van Gaal wycisnął z drużyny cały sok, osiągnął wynik lepszy od przedstartowych prognoz, teraz może spokojnie zabrać się za odświeżanie Manchesteru United. Oczywiście z notesem na kolanach.

 

fot. goal.com

czwartek, 10 lipca 2014

Okładka dziennika

Brazylia wreszcie uwolniła się od traumy Maracanazo, porażki ze skromniejszym Urugwajem w decydującym meczu mundialu w 1950 roku, ale udało się to tylko dzięki jeszcze większej katastrofie. Teraz cały kraj będzie wspominać hańbę z Belo Horizonte – jak głupio brzmi nazwa tego miasta po laniu od reprezentacji Niemiec, gdzie tu niby te ładne widoki – która zakończyła marzenia o zdobyciu szóstego mistrzostwa świata.

Ponad pół wieku temu na Maracanie zapadła najgłośniejsza cisza w historii futbolu. Dwieście tysięcy ludzi przeżywało w milczeniu porażkę Brazylii z Urugwajem, która stała się narodową tragedią, stworzyła własny mit i ciągle o sobie przypomina. Nawet kolorem reprezentacyjnego stroju. Brazylia po Maracanazo przeklęła białe koszulki, uznała je za pechowe i zamieniła na żółte, w których gra do dziś.

Przesądy były widoczne nawet w mundialowej drabince, którą skonstruowano w taki sposób, żeby gospodarze zagrali na Maracanie dopiero w finale i w nim rozprawili się z upiorami z przeszłości. Nie zagrają, nie rozprawią się. Mają nową traumę, którą można próbować rozbroić tylko śmiechem, szyderstwem i lekceważeniem.

Futbol się zmienił, stał się mniej romantyczny, czasy sprzyjają raczej tworzeniu internetowych memów, a nie mitów, lecz Brazylia po klęsce z Niemcami musi czuć się bardziej upokorzona, niż po przegranym meczu z Urugwajem. Tamta porażka była bolesna, raniła głęboko, ale pozostawała tylko porażką. Współczesna Brazylia musi się zmierzyć z prawdziwym kompromitacją, poniżeniem jakiego na tym poziomie nikt nie doświadczył, wstydem na cały świat. Została ośmieszona. W dodatku będzie trzeba znieść grającą w finale mundialu Argentynę. A kto wie, może też przeżyć jej święto na Maracanie. 

Historyczne 1:7 z Niemcami będzie już przypominane do końca świata. Pewnie powstaną książki, teraz książki sportowe powstają o wszystkim, na pewno ktoś nakręci kiedyś film dokumentalny o tych wydarzeniach, Brazylia każdym mundialem będzie musiała rehabilitować się za tę katastrofę, a kolejni gospodarze mundiali będą straszeni jej przykładem. Na razie wydawane są tylko gazety, okładki niektórych z nich wyglądają jak nekrologi.

Brazylia była nieprzekonująca od początku mundialu, ślizgała się przez kolejne rundy fazy pucharowej, miała mało wyraziste atuty. Porażka była oczekiwana, wisiała nad tą drużyną od początku turnieju, lecz nikt nie mógł przypuszczać, że gospodarze zostaną aż tak wychłostani. Siedem goli i więcej w jednym meczu na ostatnich mundialach traciły egzotyczne reprezentacje Korei Północnej, Arabii Saudyjskiej i Salwadoru, które na mistrzostwa jeździły w roli chłopców do bicia. Poważnym drużynom tak dotkliwe porażki na wielkich turniejach się nie zdarzały. Czasami traciły nawet cztery gole, to jeszcze by uszło, lecz siedem strzałów wpada do jednej bramki bardzo rzadko nawet w meczu drużyn o bardzo zróżnicowanej klasie. Gdy grało ze sobą dwóch faworytów dużego turnieju, nie zdarzyło się w pojedynczym meczu nigdy wcześniej. To najlepiej pokazuje rozmiary brazylijskiej klęski.

Oczywiście, Brazylijczykom nie wychodziło nic, Niemcom – wszystko. Gdyby tylko rozgrywający wspaniałą partię Toni Kroos chciał na stadionie w Belo Horizonte zamienić wodę w wino, to niechybnie by mu się to udało. Niemcy grali płynnie, momentami finezyjnie, z dużą swobodą, choć trzeba zaznaczyć, że dostali sporo luzu od sparaliżowanych rozwojem wypadków gospodarzy. Kolejne gole strzelali z dużą łatwością, zupełnie jakby atakowali bramkę bronioną przez topornego Thiago Cionka, a nie piłkarzy Bayernu, PSG, czy Realu. Gdyby nie zdecydowali się odpuścić – tak mówił Mats Hummels, to następny policzek – znęcaliby się nad Brazylijczykami jeszcze okrutniej. Wystarczyło, że Canarinhos i ich kibice musieli cierpieć przez godzinę – jedni snując się po boisku i dogrywając przegrany mecz, drudzy patrząc na tę katastrofę.

Jej symbolem stał się Fred, niemrawy napastnik jest łatwym celem, chociaż trudno winić go za wynik meczu z Niemcami. Na swoje nieszczęście znalazł się w złym miejscu i bardzo złym czasie. Nie jest przecież odpowiedzialny za chaos w defensywie, bierną grę obrońców i szkolne błędy pomocników, którzy łatwo tracili piłkę pod naporem niemieckiego pressingu. Nie jest też winien tego, że w ojczyźnie wybitnych atakujących – przecież Brazylia kiedyś była napastnikiem – nie ma teraz poważnych piłkarzy na tę pozycję. Fred był tylko najlepszy wśród bandy przeciętniaków i teraz będzie zbierał razy za to, że nie grał na mundialu jak Ronaldo. Pamięć o pięknej przeszłości i konfrontacja jej z niewyraźną teraźniejszością wywołała frustrację.

Największymi brazylijskimi wygranymi meczu z Niemcami są nieobecni. Widzieliśmy na tym turnieju solidną obronę z Thiago Silvą, widzieliśmy też kompletny rozkład drużyny, gdy kapitan osierocił drużynę. Ofensywa Brazylii nie istniała bez Neymara, który na tym mundialu był najbardziej wartościowym atakującym w talii Luisa Felipe Scolariego. Można spekulować, co by było, gdyby obaj zagrali w tym meczu, pewnie skończyłoby się na wniosku, że byłoby lepiej. Po przegranych meczach, zwłaszcza w podobny sposób, takie rozważania zawsze dążą do docenienia nieobecnych i podkreślenia ich pozytywnego wpływu na grę i wyniki drużyny.

Przed mundialem Scolari mówił, że Brazylia jest siedem kroków od mistrzostwa świata. Po mundialu pozostanie pamięć o siedmiu golach wstydu, które przykryją nawet możliwy brązowy medal. Nie o niego przecież Brazylijczycy grali na swoim mundialu. Big Phil i jego ekipa przeżyli big fail.

Tekst dla portalu krotkapilka.pl.

fot. Okładka brazylijskiego dziennika "Metro".

środa, 09 lipca 2014

Wszystko w tej akcji było doskonałe. Frank de Boer przerzucił piłkę przez połowę boiska z chirurgiczną precyzją, Dennis Bergkamp świetnie ją przyjął, szybkim zwodem minął Roberto Ayalę i strzelił fałszem obok wychodzącego z bramki Carlosa Roy. Była 89. minuta meczu, Holandia prowadziła z Argentyną 2:1 w palącym słońcu Marsylii, a chwilę później świętowała pierwszy od dwudziestu lat awans do strefy medalowej mistrzostw świata. Działo się to dokładnie szesnaście lat i cztery dni temu podczas mundialu we Francji.

Komentator holenderskiej telewizji oszalał ze szczęścia, ale trudno mu się dziwić; każdy by oszalał, gdyby jego drużyna wystawiła tak piękną sztukę w równie istotnym momencie. Był też dodatkowy kontekst: Holendrzy wreszcie symbolicznie wyrównali z Argentyńczykami rachunki za przegrany finał mistrzostw świata w 1978 roku. Rewanże za wydarzenia sprzed wielu lat to przede wszystkim medialne historie, ale często dodają meczom reprezentacji dodatkowego smaku.

Kolejną odsłoną holendersko-argentyńskiej rywalizacji będzie półfinał brazylijskiego mundialu. W Sao Paulo spotkają się dwie osoby, które pamiętają ćwierćfinał z 1998 roku. Patrick Kluivert, który dzisiaj jest jednym z asystentów Louisa van Gaala, strzelił wtedy pierwszego gola dla Holandii i przez cały mecz partnerował w ataku Bergkampowi. Z kolei obecny selekcjoner reprezentacji Argentyny Alejandro Sabella był wtedy w sztabie Daniela Passarelli, który prowadził Albicelestes na mistrzostwach świata we Francji.

wtorek, 08 lipca 2014

Leo Messi. / fot. goal.com

Paradoks mundialu: bardzo ładny turniej może wydać drętwego mistrza świata.

Argentyna wygląda jak efekt skrzyżowania finalistów poprzedniego mundialu – hiszpańskiego jednozeryzmu i holenderskiego minimalizmu. Nie ma w tym zbyt wielu momentów intensywnej gry, nie widać parcia na gole, a kolejne mecze nie stanowią okazji do zademonstrowania siły drużyny. Argentyna jest flegmatyczna, wyrachowana i niechętna do podejmowania ryzyka. Robi tylko tyle, ile musi – przyzwoicie gra w obronie, powoli zbiera się do ataków i cierpliwie czeka na wyprowadzenie zwycięskiego ciosu. Gdyby Argentyna była skoczkiem wzwyż, to każdą wysokość pokonywałaby niemal bez zapasu, trąc spodenkami o poprzeczkę.

Najczęściej wyprowadzał go Leo Messi, od którego uzależniona jest cała gra reprezentacji Argentyny. Zadanie ma znacznie trudniejsze niż w najlepszych czasach ostatniej Barcelony, bo gra ze słabszymi partnerami. Widać to przede wszystkim po konstrukcji środka pola – w kadrze ma mało kreatywnych Javiera Mascherano i Fernando Gago, a w Barcelonie byli wybitnie prowadzący ataki Xavi i Andres Iniesta. Nawet jeśli uwzględnimy, że dobrą formę na mundialu prezentował Angel di Maria, a Sergio Aguero, Gonzalo Higuain, czy Ezequiel Lavezzi mają spory potencjał, to i tak porównanie umiejętności wypada na korzyść Barcelony.

Jeśli przyjmiemy założenie, że Messi musi poprowadzić Argentynę do mistrzostwa świata, by zasłużyć na miano piłkarza wszech czasów, to na razie cała drużyna skonstruowana jest tak, by sukces miał jednego twórcę i wielu najwyżej pomocników. Zwłaszcza w obliczu kontuzji di Marii, która znacznie osłabia siłę argentyńskiego ataku. Takie założenie nie musi być słuszne, Messi zdobył sukcesy, których nie osiągnęli Pele i Diego Maradona, lecz uzależnienie wielkości zawodnika od sukcesów reprezentacyjnych jest bardzo popularne.

W cieniu Messiego pozostaje selekcjoner Alejandro Sabella – nikt nie ma wątpliwości, kto jest najważniejszy – który stoi przy linii, burczy coś pod nosem, czasami machnie rękoma, ale mam wrażenie, że działa zgodnie z zasadą zaczerpniętą z medycyny. Primum non nocere – po pierwsze nie szkodzić. Nie ma w sposobie gry Argentyny żadnych wynalazków, niczego zaskakującego, wszystko jest dość przewidywalne. Gdy raz Sabella próbował zaskoczyć, wysyłając na mecz z Bośnią trójkę obrońców, to szybko musiał wycofać się z tego pomysłu. Okazało się, że gra jest bezproduktywna, za mało płynna i za wolna nawet na argentyńskie standardy z tego turnieju.

Sabella nie jest typem wynalazcy, sprawia wrażenie wycofanego, co nie musi być wcale wadą. Różne drogi prowadzą do sukcesu, wcale nie trzeba być Louisem van Gaalem, żeby go osiągnąć. Czasami wystarczy podejmować oczywiste decyzje, a nie kombinować bez potrzeby. Przynajmniej wtedy, gdy są wyniki. Argentyna nie zachwyca, ale je ma. Ciekawie będzie dopiero, gdy mecz wymknie się jej spod kontroli, gdy zamiast zwalniać grę, będzie trzeba ją przyspieszyć, by dopaść rywala. Wtedy okaże się, czy Sabella oprócz tego, że nie szkodzi, to może też pomóc.

Gdyby mundialową Argentynę sprowadzić do jednej akcji, to naturalnym wyborem byłoby bramkowe natarcie z meczu z Belgią. Był w nim i indywidualny popis Messiego, i aktywny di Maria, i szczęście wymieszane z przypadkiem, i gapowatość rywali, i z zimną krwią wykorzystana – wreszcie przez Higuaina – okazja do zdobycia gola. Niby całkiem niezłe składniki, lecz można tę akcję oglądać bez końca, a i tak pozostanie się z wrażeniem, że to było coś z niczego. Tak jak cały sukces Argentyny na mistrzostwach. Nie chodzi oczywiście o potencjał, ten jest olbrzymi, ale o grę, która cały czas nie zapowiada niczego wielkiego, ale ciągle daje zwycięstwa.

Może właśnie w tej oszczędności jest metoda na wygranie mundialu. Na razie wystarczyło, by prześlizgnąć się do strefy medalowej, w której Argentyna nie była od 1990 roku. Dla wielkiej futbolowej potęgi to policzek, bo w tym czasie do półfinałów mundialu dotarły Szwecja, Bułgaria, Chorwacja, Turcja i Korea Południowa. To najczęściej były sensacje jednego turnieju, wszystkie o znacznie mniejszym potencjale, pozycji i ambicjach od Argentyny.

Argentyńczycy rozpoczęli mundial bardzo powoli, przyspieszają wolno, ale wraz z rozwojem turnieju i rosnącymi wymaganiami stawianymi przez rywali. Tak się ułożył turniej, że ci są z każdym meczem coraz lepsi – od onieśmielonej debiutem na mistrzostwach świata Bośni i Hercegowiny aż po widzianą na podium Belgię. Teraz przed Messim i spółką kolejny krok. Holandia przeżywa na tym mundialu różne chwile, potrafi rozbić wielkiego rywala, by męczyć się z teoretycznie słabszym, lecz dotychczasowa drętwa gra Argentyny może na nią nie wystarczyć. Takich wymagań nikt jeszcze przed nią nie postawił.

fot. goal.com

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 10