Na stadionach Polski i Świata.

Europa wzdłuż i wszerz

poniedziałek, 22 czerwca 2015

Barcelona / fot. goal.com

Obszerny przegląd sezonu klubowego w Europie. Subiektywny, w końcu obiektywizm w piłce ogranicza się do podania wyniku meczu, a w dodatku to tylko blog.


To był sezon Barcelony – najlepszej drużyny Europy w minionym roku. Wystarczająco dużo mówią zdobyte przez nią trofea, to przecież dopiero ósmy przypadek, gdy klub kończy sezon zwycięstwem w lidze, krajowym pucharze i Pucharze Mistrzów. W pełni te sukcesy pozwala docenić na listę pokonanych przez Barcelonę rywali. Nie ma mowy o przypadku, fuksie, słabej konkurencji. Z Ligi Mistrzów wyrzucała mistrzów najlepszych lig kontynentu. Na własnym podwórku wygrała w najtrudniejszym rozdaniu od lat. Była lepsza od znakomitego w pierwszej fazie rozgrywek Realu, który długo śrubował serię zwycięstw, stabilizującego się na wysokim poziomie Atletico oraz rosnących w siłę Valencii i Sevilli. Ten zestaw oraz wyniki hiszpańskich klubów w europejskich pucharach każą widzieć w Primera Division najmocniejszą krajową ligę minionego roku.

Barcelona zdominowała opowieść o tym sezonie. Najlepszym trenerem był przecież Luis Enrique, który przetrwał zawirowania w trudnej szatni, ułożył się z nią, a drużynie nadał nowy kształt. Odświeżona Barca grała porywająco, jej fetyszem nie było już długie posiadanie piłki, pokazywała futbol urozmaicony, intensywny, szybszy, niż w poprzednich latach. Krótko: najlepszy w Europie. Kto jest zdania, że kunsztu trenera wcale nie poznaje się w najbogatszych klubach, z pewnością doceni pracę Unaia Emerego w Sevilli, Nuno w Valencii, Silvio Piolego w Lazio, Luciena Favre'a w Borussii Moenchengladbach, czy Huberta Fourniera w Lyonie.

Luis Enrique przyłożył też rękę do powstania najlepszego tercetu sezonudo Neymara i przesuniętego na skrzydło Leo Messiego dokładając Luisa Suareza. Słusznie zastanawiano się, czy przyjście Urugwajczyka nie rozsadzi szatni na Camp Nou, ale okazało się, że jest wystarczająco duża, by pomieścić ego wszystkich artystów. Świetnie się dopasowali, grali ze sobą i dla siebie nawzajem, we trójkę strzelając w lidze więcej goli niż całe składy Chelsea, Bayernu, czy Juventusu. Dodać należy jeszcze oczywistość: najjaśniej świeciła gwiazda Messiego, najlepszego piłkarza sezonu, który wysłuchał już tylu komplementów, że może go już mdlić od tych słodyczy. Ale zasłużył, na boisku uprawiał sztukę, a w piłkę przez ostatni rok grał lepiej od Cristiano Ronaldo. A to już znak wybitnej jakości.

W Barcelonie oglądaliśmy też najważniejsze pożegnanie sezonu. Czy można wymyślić lepsze podsumowanie zmian w jej grze od odejścia Xaviego, może najlepszego piłkarza pierwszej dekady XXI wieku, ucieleśnienia tiki-taki i jej organizatora w dwóch wielkich drużynach? Zostało po nim piękne zdjęcie – panoramy miasta z wielką podobizną piłkarza na Camp Nou.

Ale Barcelona to też – wytrzymajmy z nią jeszcze kilka zdań – meteor Munir El Haddadi, który wpadł do składu na początku sezonu, narobił trochę szumu i szybko zniknął z pola widzenia. Po rozegraniu dwóch meczów w lidze trafił nawet do odświeżanej reprezentacji Hiszpanii. Nagły awans trudno wytłumaczyć, bo Vicente del Bosque ma przecież lepszych specjalistów, a palenie go dla kadry Maroka była przesadną pazernością. Jeśli zasłużyłby na grę dla Hiszpanii, to i tak by w niej zagrał. Jeśli, bo na razie to najwyżej kolejny Isaac Cuenca.

Niespodzianek w Hiszpanii było więcej – Real Sociedad zrobił z Davida Moyesa jednego z najlepiej zarabiających szkoleniowców świata. To najbardziej zaskakujący ruch trenerski minionego sezonu. Brytyjczycy nie cieszą się przesadną renomą nawet u siebie, na kontynent zjeżdżają rzadko, ostatnio pozostając bez większych sukcesów. Moyes na razie też jest na peryferiach – niepełny sezon pracy zakończył się dwunastym miejscem Realu.

Fernando Torres męczył się w Chelsea, nie mógł przebić się w kiepskim Milanie, ale stał się bohaterem najgłośniejszego powrotu minionego sezonu. Transfer Hiszpana do Atletico był zaskakujący, bo słabnący od kilku lat piłkarz zdawał się nie pasować do drużyny Diego Simeone. Rewelacji nie było, zbyt wielu goli też nie, jednak Torres swoje zrobił – wbił dwie szpile Realowi na Santiago Bernabeu w Pucharze Króla, wyzwolił euforię wśród kibiców i pozwolił zarobić klubowi na tysiącach sprzedanych koszulek.

Najwięcej w tym sezonie zyskał Massimiliano Allegri, którego na początku sezonu opluwano, a na koniec doceniono za utrzymanie dla Juventusu mistrzostwa Włoch i przede wszystkim przywrócenie klubu do czołówki Ligi Mistrzów. Z wyczuciem rozwijał drużynę zostawioną przez Antonio Conte, przećwiczony system 3-5-2 uzupełniając o 4-3-1-2, co pomogło osiągać sukcesy w Europie.

Juventus to w europejskiej czołówce nowe Atletico. Zapomnijmy na moment o dawnych sukcesach, skupmy się na ostatnich sezonach, które Stara Dama naznaczyła europejskim średniactwem. Awans z dalszego szeregu do finału Ligi Mistrzów, tak jak wcześniej Borussii i Atletico, było dużą niespodzianką. Każda z tych drużyn była inna, wszystkie dodały piłce świeżości, wszystkie też w finale przegrały. Niespodziewanych bohaterów miała też Liga Europy. Dnipro Dniepropietrowsk wychylił się zza pleców krajowych potentatów z Dynama Kijów i Szachtara Donieck, w pucharach eliminował Olympiakos, Ajax i Napoli, a do warszawskiego finału dotarł nie rozgrywając z powodu wojny na Ukrainie. ani jednego meczu na własnym stadionie. A jeszcze pięć lat temu i Juventus, i Dnipro z pucharów wyrzucił Lech Poznań.

We Włoszech za Juventusem ciągnęły się stare grzechy – październikowe zwycięstwo z Romą dały mu tak kontrowersyjne gole, że opinia publiczna zawyła, a decyzje sędziego Gianluki Rocchiego stały się przedmiotem debaty we włoskim parlamencie. Deputowani grzmieli, że cała sytuacja podważyła wiarygodność kraju i może mieć trudne do oszacowania skutki społeczne. Na ulicach Rzymu jeszcze długo po meczu można było zobaczyć nawiązujące do niego transparenty. Jeden z nich w biblijnym tonie głosił, że prędzej wielbłąd przejdzie przez ucho igielne, niż całe towarzystwo z Juventusu wstąpi do królestwa niebieskiego. To była najlepsza włoska komedia tego sezonu.

Juventus - Roma

Najbardziej zdeklasowanym piłkarskim miastem stał się przyzwyczajony do wielkich gier Mediolan, który pierwszy raz w dziejach nie będzie miał reprezentanta w europejskich pucharach. I to najlepiej świadczy o tym, jak sprzeciętniały oba tamtejsze kluby. Milan zamienił się w zespół bez właściwości, zgraję przypadkowych piłkarzy, chwilowo trenowanych przez wyciągniętego z kapelusza Filippo Inzaghiego. Inter nie może dojść do siebie po zwycięstwie w Lidze Mistrzów, przerabia siódmego trenera w ciągu pięciu lat, a cegły porozrzucane po placu budowy wciąż czekają, by ktoś zaczął je fachowo układać. Odzyskiwanie utraconych pozycji zaczęło się pełną parą – w Milanie nastał nowy trener, tym razem pokrzepiony pracą w Sampdorii Sinisa Mihailović, a do obu klubów za chwilę zaczną przychodzić nowi zawodnicy.

Większa beznadzieja była chyba tylko w Parmie, tam oglądaliśmy organizacyjny chaos, który po kilku zmianach własnościowych zaowocował brakiem prądu, ciepłej wody, wielomilionowymi długami i najgłośniejszym upadkiem sezonu. Bankructwo klubu poprzedziło kilka lat zadziwiającej gospodarki transferowej, dokonywania kilkuset ruchów w jednym tylko oknie, patologicznej w piłce hurtowni zawodników. Nowy rozdział w swojej historii Parma rozpocznie od czwartej ligi. Takie katharsis może jej wyjść na zdrowie.

Mieliśmy też w Serie A okaz niezwykły, weterana sezonu Lukę Toniego, króla strzelców ligi. Wyczyn 38-letniego napastnika zasługuje na uznanie, grał przecież w średnim Hellas Werona, a nie w klubie z czołówki, którego stać na zapewnienie snajperowi dobrego serwisu.

Największym rozczarowaniem był nędzny występ angielskich klubów w europejskich pucharach. Najwięcej mówi o nim nie etap rozgrywek, na którym wypadały za burtę, ale wrażenie, że w czołówce Ligi Mistrzów zupełnie, ale to zupełnie ich nie brakowało.

W Anglii trwa jednak złoty wiek. Najlepszym dowodem jest sprzedaż praw telewizyjnych do Premier League na trzy lata za ponad 5 miliardów funtów – największy kontrakt tego sezonu. Kilka najpodlejszych nawet meczów będzie kosztowało tyle, co cały sezon polskiej Ekstraklasy. A przecież to tylko umowa na rynek krajowy, handlowanie z zagranicznymi nadawcami pozwoli jeszcze powiększyć tę kwotę.

Wielkie pieniądze, które wpadną do skarbców angielskich klubów, trzeba jeszcze umieć dobrze wydawać. Najgłupszym transferem roku było przecież kupienie Mario Balotellego przez Liverpool, człowieka-zagadki, którego nikomu nie udało się poskromić na dłuższą metę. Brendanowi Rogdersowi też nie. Ale sam prosił się o takie kłopoty. Nawiasem: jeśli szukać człowieka, który najgorzej wyciągał wnioski z transferowych niepowodzeń innych, to też znajdziemy go w Walijczyku. Nie dość, że naciął się na Balotellim, to pieniądze za Luisa Suareza roztrwonił na nieprzekonujących piłkarzy równie źle, jak rok wcześniej Tottenham wydał fortunę otrzymaną za Garetha Bale'a.

Zdarzyła się też w Anglii najładniejsza historia sezonu z najgorszym możliwym zakończeniem. Wracający do gry po walce z rakiem Jonas Gutierrez wygrał dla Newcastle decydujący mecz w walce o utrzymanie w Premier League, miał w nim asystę i strzelił gola, a niedługo po nim został telefonicznie odprawiony przez klub. Piłka to biznes, rządzi nim pieniądz, ale powinno być w nim miejsce na przyzwoitość i dobry gest. Zwłaszcza, że Newcastle na braku klasy wcale nie oszczędzi. Pieniądze, których nie wyda na Gutierreza, i tak zaraz zmarnuje na niepotrzebne transfery.

Największy kryzys dotknął Borussię Dortmund. Zapaść można było przewidzieć, przyczyny zdają się wyraźne – wyeksploatowanie po intensywnych sezonach, zmiany w kadrze, słabsza forma i kontuzje czołowych graczy – jednak szokowały jej rozmiary. Borussia w ciągu kilku miesięcy wyżyn tabeli zjechała na dno i grała tak nieporadnie, że zastanawiano się, czy po wyłączeniu heavy metalu nie będzie trzeba odegrać marszu żałobnego na okoliczność spadku do drugiej Bundesligi. Jurgen Klopp w porę pozbierał drużynę, wyprowadził ją na przyzwoite siódme miejsce i odszedł z klubu. Może nie była to najbardziej znacząca zmiana trenerska, która wydarzyła się w ostatnim roku, przecież dwóch pierwszoroczniaków poprowadziło drużyny w finale Ligi Mistrzów, ale z całą pewnością to jej najbardziej żal. Razem z rezygnacją wypalonego Kloppa zakończyła się najfajniejsza przygoda ostatnich lat. Szkoda, już tęskno.

Robert Lewandowski podpisał kontrakt z Bayernem Monachium półtora roku temu i okazał się bohaterem najlepszego bezgotówkowego transferu sezonu. Polak uczestniczył w największych pogromach tego sezonu. Bayern bezlitośnie obijał Romę i Porto, w dwóch meczach Ligi Mistrzów nastrzelał 13 goli, co w grach między tak klasowymi drużynami na wysokim szczeblu zdarza się rzadko. I tak Bawarczycy kończyli sezon rozczarowani, wymagania wobec nich były absurdalnie wysokie, a zdobyli tylko mistrzostwo Niemiec i dotarli do półfinału Ligi Mistrzów. Czyli, jak można było wyczuć, zaledwie ciut więcej niż nic.

I jeszcze migawka z Niemiec – najgorszym gadżetem sezonu był szalik Herthy Berlin z podobizną trenera Josa Luhukaya. Po zwolnieniu Holendra chyłkiem wycofano towar z klubowego sklepu, bo nadawał się tylko na przemiał. Nauka dla piłkarskich marketingowców – na wszelki wypadek nie wynosić trenerów na pamiątki.

Perfekcyjnego gola zespołowego wypracowali piłkarze Sportingu Braga w meczu z Rio Ave. W misternie tkanej akcji wzięło udział jedenastu ludzi, a kopnięcie ostatniego z nich zakończyło się zdobyciem bramki. Trening przeniesiony na mecz.

Polska piłka miała zagranicą kilku bohaterów. Był nim Grzegorz Krychowiak, który wszedł do składu Sevilli jak po swoje, błyskawicznie wkomponował się do nowej drużyny, a pod koniec sezonu można było odnieść wrażenie, że jego przygoda z Andaluzją nie jest liczona w miesiącach, lecz długich latach. Był też Łukasz Fabiański, który wreszcie na stałe podniósł się z ławki rezerwowych i stał się czołowym bramkarzem angielskiej ekstraklasy. Największym był jednak Kamil Glik, ostoja Torino i reprezentacji Polski, nie tylko przez wzgląd na piłkarską klasę, ale charakter, pracę i ścieżkę kariery. To przecież nie był cudowny chłopak, którym zachwycaliśmy się od małego, kilka lat temu prawie nikt nie dałby pięciu złotych, że wychyli się ponad polską Ekstraklasę. Teraz, po wielu zakrętach, jest docenianym w lidze włoskiej stoperem, kapitanem swojej drużyny i jest fanatycznie uwielbiany przez kibiców. Nasi piłkarze bywali gwiazdami zagranicznych drużyn, trzymali szatnię, lecz bodaj żaden z nich nie miał klubie i wśród kibiców takiej pozycji jak Glik.

Najbardziej wyczekiwanego polskiego gola strzelił Marcin Wasilewski – trafił dla Leicester w meczu z Manchesterem United i zatrzymał licznik niemocy. To pierwsza bramka Polaka w lidze angielskiej od 23 lat. Poprzednio dla Evertonu strzelił Robert Warzycha – też w meczu z Manchesterem United, też na Old Trafford, a nawet na tę samą stronę boiska.

Niestety, nie obyło się bez aktów barbarzyństwa, największym było ostrzelanie autokaru z piłkarzami Fenerbahce. Futbol rodzi pozytywne emocje, ale niestety również zło i prymitywną nienawiść prowadzącą do przemocy, dla której nie ma akceptacji i żadnych okoliczności łagodzących.

sobota, 30 maja 2015

Z obecnością Kataru w sportowym mainstreamie zdążyliśmy się oswoić, ale znosimy ją ze wstrętem. Dotychczas kojarzyła się głównie z inwestycjami w europejskie kluby, kaperowaniem sportowców z całego świata i kupowaniem kolejnych wielkich imprez. Teraz poznamy jej nowe oblicze, bo Katar przestaje być tylko importerem. Powoli staje się również producentem.

Pierwsze piłkarskie owoce wydaje akademia Aspire, zbudowana z rozmachem fabryka, która ma urzeczywistnić sny szejków o sportowej potędze. Kilku jej absolwentów znalazło się w kadrze Kataru już na tegorocznym Pucharze Azji, ale byli w niej jeszcze dodatkiem. Teraz będzie można dowiedzieć się trochę więcej o jakości katarskich produktów.

Prawdziwą próbą programu będzie rozpoczęty właśnie mały mundial w Nowej Zelandii, na który Katarczycy awansowali wygrywając młodzieżowe mistrzostwa Azji. To był pierwszy sukces z udziałem z wychowanków akademii Aspire. Część z nich pobiera już nauki w prowincjonalnych europejskich klubach, które są powiązane kapitałowo z katarskimi szejkami. Bramkarz Yousof Hassan Ali, obrońca Fahad Shanin, pomocnicy Ahmad Moein Doozandeh, Akram Afif, Ahmed Alsadi i napastnik Almoez Ali grają w belgijskim drugoligowcu z Eupen, którego właścicielem jest Aspire. W LASK Linz, to klub z zaplecza austriackiej ekstraklasy, zostali umieszczeni obrońca Jasem Mohamad, pomocnik Assim Madibo i napastnik Jassim Al Jalabi. I tylko napastnik Sultan Al-Kuwari może cieszyć się z obecności w markowej drużynie – terminuje w rezerwach Villareal.

Gra Kataru na turnieju w Nowej Zelandii da odpowiedź, czy jego sukces na azjatyckim podwórku można traktować poważnie. Zweryfikuje też umiejętności grającej w reprezentacji Kataru młodzieży, która sprawdzi się w ciekawej grupie z Kolumbią, Portugalią i Senegalem. Przecież nawet najlepiej przemyślany i dofinansowany program nie musi zamienić się w hodowlę klasowych piłkarzy. I, po prawdzie, choć sam występ Kataru na tym turnieju jest ciekawy, to biorąc powagę przynależność klubową jego piłkarzy, nie należy spodziewać się po nim niczego dobrego.

Być może kilku zawodników, którzy zagrają dla Kataru na mistrzostwach, awansuje do kadry na mundial w 2022 roku. To oczywiście szmat czasu, dzisiejsi młodzieżowcy mogą zostać w komplecie wyparci przez lepiej wytrenowane roczniki albo ustąpić miejsca ukształtowanym piłkarzom z zagranicy. W futbolu trudniej zbudować w ten sposób dobrą reprezentację, niż w piłce ręcznej, inne są w procedury, ale na pewno znajdzie się jeszcze kilka przyzwoitych lisów, które chętnie dadzą się przefarbować.

Grzegorz Krychowiak rozpoczął znajomość z polskimi kibicami od mocnego uderzenia. Sieknął z rzutu wolnego, młodzieżowa reprezentacja Polski wygrała z Brazylią na otwarcie mistrzostw świata w 2007 roku, a potem zaliczyła całkiem niezły turniej. Zakończyła go po porażce z Argentyną w drugiej rundzie. Polaków do domu odesłali golami Sergio Aguero i Angel Di Maria, którym nie dali rady Krzysztof Strugarek i Adrian Marek. Odpowiedział tylko dobry wtedy Dawid Janczyk, który dzięki temu zapracował na kontrakt życia w CSKA Moskwa.

Losy tych sześciu piłkarzy mogłyby posłużyć do opowiedzenia o mistrzostwach świata do lat 20, których kolejna edycja rozpoczęła się właśnie w Nowej Zelandii. To specyficzny turniej, tu wyniki drużyny są istotne, ale prawdziwej wartości nabierają dopiero dzięki przyszłym sukcesom tworzących ją indywidualności. Bez nich pozostaną nieskonsumowane. Zupełnie inaczej, niż w futbolu klubowym, w którym rekordy jednostki będą niekompletne, jeśli nie pójdą za nimi sukcesy drużyny.

Niektórzy, jak Aguero i Di Maria, byli gwiazdami wśród młodzieżowców, przerastali to towarzystwo i szybko zaczęli potwierdzać wybitne umiejętności na najwyższym poziomie. Droga innych na top, to o Krychowiaku, nie była tak oczywista. Byli też piłkarze, Janczyk będzie tu dobrym przykładem, którzy skończyli się zanim na dobre się zaczęli, narobili zamieszania, a zaraz potem się wszystko zmarnowali. Wielu na małym mundialu zagrało dzięki korzystnemu zbiegowi okoliczności, dobrej dacie urodzenia i nędznej konkurencji. W kategorii open, tak jak Strugarek i Marek, nie potrafili zaistnieć nawet w polskiej Ekstraklasie.

Intrygujące jest obserwowanie tych historii właśnie od najpoważniejszego turnieju w piłce młodzieżowej. Ale mały mundial – nie tylko dla młodszych piłkarzy, ale właśnie mniejszy, mniej rozdęty, słabiej opakowany od dużego – nie jest wyjątkowy tylko ze względu na moment w karierach zawodników. Wpływa na to również specyfika rozgrywek.

Po pierwsze, grają 24 drużyny, co powoduje, że po fazie grupowej trzeba tworzyć ranking drużyn z trzecich miejsc, by wyłonić uczestników kolejnej rundy. Taki system obowiązuje od lat, był na kilku seniorskich mundialach, będzie też na przyszłorocznych mistrzostwach Europy. To nie jest dobre rozwiązanie – niepotrzebnie komplikuje rozgrywkę, sprawia że jest mniej przejrzysta.

Po drugie, miejsca na mistrzostwach podzielono niemal równo między wszystkie strefy eliminacyjne. Zarzuty o załatwianiu w ten sposób interesów działacze FIFA wytłumaczą gładką gadką o chęci stworzenia różnorodnego turnieju i potrzebą zmniejszania różnic między kontynentami. W konsekwencji takiego podejścia poziom mistrzostw nie jest tak wysoki, jak mógłby być, gdyby lepiej oddano układ sił w światowym futbolu. Najwięcej straciła Europa, która może wystawić tylko sześć drużyn. Różnica w porównaniu z dorosłym mundialem jest znacząca. W zeszłym roku grało na nim trzynaście europejskich reprezentacji, a ogółem uczestników było tylko ośmiu więcej, niż w przypadku młodzieżowych mistrzostw.

Proporcjonalnie zyskały za to Azja oraz Ameryka Północna i Środkowa, które w Nowej Zelandii będą miały po czterech przedstawicieli. Dokładnie tyle samo, co przed rokiem w Brazylii. Wtedy komplet azjatyckich drużyn – łącznie z doklejoną do tej federacji Australią – zakończył udział w mistrzostwach na fazie grupowej i należał do najgorszych drużyn turnieju.

Po trzecie, na małym mundialu obok tradycyjnych potęg i nacji kojarzonych z piłką, regularnie pojawiają się drużyny z państw będących na peryferiach futbolu lub nawet światowego sportu. Tylko w XXI wieku epizody na nim odgrywały reprezentacje Syrii, Gambii, Konga, Kuby, czy Tahiti.

Na tegorocznym turnieju też nie zabraknie piłkarskiej egzotyki. Nowością jest drużyna Fidżi, która wykorzystała sprzyjające okoliczności w strefie Oceanii. Australia kilka lat temu uciekła do Azji, Nowa Zelandia zwolniła miejsce jako gospodarz finałów, a bez lokalnych liderów o awans było zdecydowanie łatwiej.

Ciekawsza jest obecność wśród uczestników reprezentacji Mjanmy, która do tej pory właściwie nie istniała na sportowej mapie świata. Owszem, na igrzyska olimpijskie – również pod nazwą Birma – wysyłała ekipę szesnaście razy, ale żaden z jej reprezentantów nie stanął na podium. Najbliżej sukcesu była sztangistka Win Kay Thi, która w 2000 roku w Sydney została sklasyfikowana na czwartym miejscu w kategorii do 48 kg.

Epizod na igrzyskach zaliczyła też piłkarska drużyna Birmy. Start w Monachium w 1972 roku – tak, tak, najlepszym również dla Polski – zakończyła po fazie grupowej. To był jedyny dotąd raz, gdy piłkarze z Birmy zagrali przed globalną publicznością. Jeszcze tylko raz, w 1968 roku, zajęli drugie miejsce w mistrzostwach Azji. I to wszystko.

Teraz, już jako Mjanma, zagra anonimowa drużyna złożona wyłącznie z graczy krajowych klubów. Prowadzący ją Gerd Zeise, mało znany niemiecki trener, twierdzi że zwycięstwo ze Zjednoczonymi Emiratami Arabskimi, które dało awans na mistrzostwa, przez lata będzie najważniejszym meczem dla tamtejszego piłkarstwa. Ot, takie mjanmarskie Wembley. 

Nowi w towarzystwie zostaną zauważeni, ale scenie główne role będą grać inni. Jakie dokładnie – okaże się po latach. Mały mundial to przecież tylko początek opowieści, najciekawszy będzie jej ciąg dalszy.

czwartek, 19 marca 2015

Gabriel Batistuta / wikipedia

Nikt tak pięknie nie smucił się po strzeleniu gola jak Gabriel Batistuta.

Latem 2000 roku szefowie Romy nie oszczędzali – na nowych piłkarzy wydali prawie 100 milionów dolarów. To był kolejny etap przebudowy drużyny zgodnie z projektem autorstwa Fabio Capello. Obronę wzmocnili Walter Samuel z Boca Juniors i Jonathan Zebina z Cagliari. W środku pola pojawił się Emerson, którego wyciągnięto z Bayeru Leverkusen. Najgłośniejszym zakupem podczas tego mercato był jednak Gabriel Batistuta. Za 31-letniego Argentyńczyka zapłacono Fiorentinie aż 35 milionów dolarów. Nikt wcześniej nie wyłożył tak dużych pieniędzy za piłkarza po trzydziestce.

Capello zachorował na Batistutę, widział w nim brakujący element mistrzowskiej Romy, ale długo nie mógł przekonać do transferu Franco Sensiego, który nie chciał wydawać majątku na Argentyńczyka. Anegdota mówi, że zmiękł dopiero w wyniku podstępu. Capello sprzedał historię dziennikarzowi Corriere dello Sport, ten sprawnie ją podkręcił, a kibice kupili i zwariowali na punkcie Batistuty. Sensi nie miał już wyjścia.

Batistuta był bohaterem Fiorentiny. Służył jej wiernie przez dziewięć lat. Nie uciekł nawet po sensacyjnym spadku klubu do Serie B. Strzelał gole, był kapitanem, kochali go kibice. Do pełni szczęścia brakowało tylko poważniejszych sukcesów. Z Fiorentiną zdobył tylko Puchar i Superpuchar Italii w 1996 roku. Przejście do Romy było dla niego ostatnią szansą, żeby wygrać coś więcej.

Pierwszy raz Batistuta przeciwko Fiorentinie zagrał 25 listopada 2000 roku.

Od razu strzelił zwycięskiego gola. W końcówce meczu huknął sprzed pola karnego w taki sposób, że Francesco Toldo nie dał rady odbić piłki. Nie potrafił się z tego cieszyć, ale nie była to sztuczna reakcja piłkarza, który sądzi, że w ten sposób okazuje radość byłemu klubowi. Batistuta był prawdziwy.

Przejmująca była to scena: cały stadion wrzał, kipiał radością, a najsmutniejszy w tym kotle był strzelec gola, który aż popłakał się z emocji. Nikt nie cierpiał po zdobyciu bramki piękniej od Batistuty.

Capello miał rację – Batistuta strzelił w tamtym sezonie 20 goli i walnie przyczynił się do zdobycia przez Romę mistrzostwa Włoch. To było jej trzecie scudetto w historii. Na następne ciągle czeka.

wtorek, 24 lutego 2015

Jeden gol zdominował opowieść o meczach Borussii z Juventusem. A przecież ich historia nie ogranicza się do niego.

I

Lars Ricken grał dla Borussii Dortmund przez kilkanaście lat, zdobył dla niej prawie pięćdziesiąt bramek, stemplował awanse w europejskich pucharach, lecz wszystko przyćmił gol z Juventusem w finale Ligi Mistrzów. Cała kariera usunięta w cień przez jedno kopnięcie.

Wszystko trwało kilkanaście sekund. Ricken wbiegł na boisko za Stephana Chapuisata, wystartował do świetnego podania Andreasa Möllera i błysnął geniuszem lobując Angelo Peruzziego. Borussia prowadziła 3:1. Było po meczu.

Wejście Rickena rozmyło pamięć o tamtym finale, kojarzy się przede wszystkim tego niezwykłego gola, a dopiero później pozostałe wydarzenia. Zdominowało też opowieść o meczach Borussii z Juventusem. A przecież nie było to jedyne spotkanie obu drużyn – w połowie lat 90-tych los często je kojarzył. Ba, nie był to nawet jedyny finał, w którym się spotkały.

II

Finały Borussii z Juventusem zawsze wygrywali Niemcy. Dwaj.

Pierwszy to Jürgen Kohler, solidny obrońca, jeden z tych młotkowych, których Marco van Basten obwiniał za przedwczesne zakończenie kariery.

Drugim był Andreas Möller, błyskotliwy ofensywny pomocnik, który narobił sobie wrogów na każdym niemieckim stadionie. Śpiewano, że jest płaczliwym maminsynkiem.

Obaj trafili do Turynu na początku lat 90-tych na fali wielkiej niemieckiej emigracji. W ciągu kilku lat Bundesligę na Serię A zamienili prawie wszyscy najważniejsi piłkarze reprezentacji Niemiec. W tamtym czasie przez ligę włoską przewinęli się Jürgen Klinsmann, Lothar Matthäus, Andreas Brehme, Rudi Völler, Thomas Hässler i wielu, wielu innych. Szukali lepszych pieniędzy i – przy okazji – większych sukcesów. Na przełomie lat 80-tych i 90-tych europejskie puchary wygrało sześć włoskich klubów: AC Milan, Napoli, Juventus, Sampdoria, Inter i Parma. Kulminacja nastąpiła wiosną 1990 roku, gdy przedstawiciele Serie A wzięli wszystkie trofea. Milan wygrał w Pucharze Mistrzów, Sampdoria zdobyła Puchar Zdobywców Pucharów, a Juventus – Puchar UEFA.

Trzy lata później Stara Dama znów awansowała do finału tych rozgrywek. Droga do niego nie była zbyt trudna. Juventus męczył się tylko z Panathinaikosem. Wcześniej rozbił Anorthosis Famagusta, potem eliminował Sigmę Ołomuniec, Benfikę i PSG.

Dwaj Niemcy mieli pewne miejsce w planie Giovanniego Trapattoniego. Kohler był silnym puntem defensywy Juventusu. Möller tworzył z Roberto Baggio i Gianluką Viallim groźny ofensywny trójkąt, który wspomagali atakujący z drugiej linii Antonio Conte i Dino Baggio.

Dla Borussii awans do finału był większym wydarzeniem.

Raz, że był to dopiero drugi podobny sukces w historii klubu, który w 1966 roku wygrał Puchar Zdobywców Pucharów.

Dwa, droga do niego była dużo trudniejsza. Dwumecz z Florianą La Valetta był spacerkiem. Później Borussia grała z bardziej wymagającymi rywalami. Eliminowała Cetic, Real Saragossa, po ciężkiej przeprawie wyrzuciła za burtę Romę, a w dramatycznym półfinale wygrała z Auxerre dopiero po konkursie rzutów karnych.

Trzy, w drużynie nie było wtedy takich gwiazd jak w Juventusie. Najważniejszy na boisku był kapitan Michael Zorc, w ataku Chapuisat i mistrz świata z 1990 roku Frank Mill, a miejsce w reprezentacji Niemiec miał kupiony przed sezonem z Juventusu Steffen Reuter. W pucharach nie grał kupiony w trakcie sezonu z Interu Matthias Sammer, któremu przejście do Borussii dało nowe piłkarskie życie.

Prestiż Pucharu UEFA był wtedy bez porównania większy od dzisiejszej Ligi Europy. Różnic było więcej. Rywalizację w klasycznej fazie pucharowej wieńczył finałowy dwumecz. Inna była też otoczka. Nie było jeszcze scentralizowanych praw marketingowych, reklamy sprzedawano w innym trybie, więc kluby robiły wszystko, żeby maksymalizować zyski. Dziś gole z finału Pucharu UEFA w 1993 roku możemy oglądać z dwóch perspektyw. Wszystko przez to, że z jednej strony boiska stały reklamy kierowane na rynek niemiecki, a z drugiej te, które mieli zobaczyć telewidzowie we Włoszech.

Pierwszy mecz, który rozgrywano na Stadionie Westfalskim, rozpoczął się świetnie dla Borussii, która objęła prowadzenie już w drugiej minucie. Gola strzelił Michael Rummenigge. Tak, z tych Rummenigge. To słabszy i mniej utytułowany brat Karla-Heinza.

Z punktu widzenia Borussii cały dwumecz był jednak doskonałą ilustracją powiedzenia o miłych złego początkach. Świetnie rozpoczęty mecz zakończył się dotkliwą porażką. Juventus wziął w obroty obronę gospodarzy, nękał ją kombinacyjnymi atakami, a w rolach katów wystąpili Dino i Roberto Baggio. Włosi wygrali 3:1.

Rewanż na zmoczonym deszczem Stadio delle Alpi był formalnością. Błyszczał Dino Baggio, który strzelił dwa gole, a Borussię dobił Möller. 3:0. Wielkiej historii w tym nie było.

Möller wytrzymał w Turynie jeszcze rok. Zrezygnował z niego niejaki Marcello Lippi, który przejął drużynę po Trapattonim.

Kohler trafił do Borussii dwa lata później. Też nie było dla niego miejsca w nowym projekcie, który dał dał wielkiemu Juventusowi trzy finały Ligi Mistrzów z rzędu.

Po czterech latach utarli nosa byłemu klubowi. Wiadomo, Monachium, Riedle, Ricken. Borussia – Juventus 3:1.

III

Zwycięstwo w Pucharze UEFA stanowiło dla Juventusu nagrodę pocieszenia po niezbyt udanym sezonie w Serie A. Na mecie rozgrywek był dopiero czwarty.

Giovanni Trapattoni świętował zdobycie siódmego międzynarodowego trofeum. Później w europejskich pucharach już nic nie wygrał.

Borussia przełknęła gorzką pigułkę, ale zbiła też kapitał na przyszłość. Była jedynym niemieckim klubem, jaki w tamtym sezonie przebił się do ćwierćfinałów trzech europejskich pucharów. Pieniądze, które szerokim strumieniem popłynęły do Dortmundu z tytułu praw telewizyjnych, reklam i nagród, całe 25 milionów marek, stały się ważnym elementem klubowego budżetu. Pomogły też stopniowo przebudowywać drużynę. W ciągu kilku lat Borussia wydała miliony na Möllera, Kohlera, Julio Cesara i Paulo Sousę z Juventusu, Karla-Heinza Riedle z Lazio oraz Steffena Freunda, Heiko Herrlicha, Jorga Heinricha i Rene Schneidera.

Trenera Borussia nie musiała szukać. Już go miała. Finał z wiosny 1993 roku zwieńczył drugi sezon pracy Ottmara Hitzfelda w Dortmundzie. Na sukcesy trzeba było jeszcze cierpliwie poczekać. Było warto, bo Borussia wkrótce dwa razy z rzędu wywalczyła dublet. No i – wiadomo – wygrała Ligę Mistrzów. Z piłkarzy, którzy grali w dwumeczu z Juve, rewanżu doczekali Steffen Klos, Knut Reinchardt, Reuter, Chapuisat i Zorc, który dzisiaj jest dyrektorem sportowym Borussii.

A Ricken? W tamtym dwumeczu mógł tylko kibicować Borussii. Do kadry pierwszej drużyny został włączony przed następnym sezonem. Wtedy też strzelił swojego pierwszego gola w europejskich pucharach. W ćwierćfinale Pucharu UEFA trafił do bramki Interu, ale Borussia odpadła.

Włochów miał pognębić dopiero trzy lata później.

piątek, 14 listopada 2014

Anghel Iordanescu / for. fanatik.ro

Anghel Iordanescu trzeci raz został selekcjonerem reprezentacji Rumunii. „Generał” wraca do zawodu po siedmiu latach przerwy.

I

Był początek września 1994 roku. Anghel Iordanescu odebrał z rąk prezydenta Rumunii Ioana Iliescu nominację na stopień generała majora armii. Później powie, że był to jeden z najszczęśliwszych dni w jego życiu.

Szlify generalskie stanowiły dowód wdzięczności narodu za świetną grę kadry na mundialu w Stanach Zjednoczonych. Rumuni w fazie grupowej ograli gospodarzy i wysoko notowaną Kolumbię, później wyrzucili z turnieju Argentynę, a awans do strefy medalowej przegrali ze Szwecją dopiero w rzutach karnych. Ćwierćfinał mistrzostw świata i tak był największym sukcesem reprezentacji, a Iordanescu stał się jego twarzą na równi z mającym za sobą świetny turniej Gherorghe Hagim.

Nominacja generalska była też dla Iordanescu symbolicznym zwieńczeniem drogi na szczyt. Rozpoczął ją jeszcze jako piłkarz Steauy Bukareszt – do dziś jest najlepszym strzelcem w jej historii – z którą w 1986 roku zdobył Puchar Mistrzów. W finałowym meczu z Barceloną zagrał kilka miesięcy po faktycznym zakończeniu kariery, był już wtedy asystentem trenera Emerica Jeneia, ale w końcowych fragmentach meczu dobrze regulował tempo gry i pomógł drużynie dotrwać do konkursu jedenastek. Ten był popisem bramkarza Helmutha Ducadama, który obronił aż cztery rzuty karne. Piłkarze Steauy mogli świętować wielki triumf.

Powody do zadowolenia miał też rumuński dyktator Nicolae Ceausescu. Jego syn Valentin był opiekunem wojskowej Steauy. Ale to już zupełnie inna historia.

Tytuł najlepszej drużyny Europy Steaua potwierdziła kilka miesięcy później wygrywając z Dynamem Kijów w meczu o Superpuchar Europy. Trenerem był już Iordanescu. Drużyna pod jego wodzą potwierdzała siłę w kolejnych latach. O ile seryjnie zdobywane mistrzostwa Rumunii można traktować z przymrużeniem oka, o tyle awans do finału Pucharu Mistrzów w 1989 roku był poważnym osiągnięciem i ugruntował pozycję Iordanescu – wtedy jeszcze tylko pułkownika – w rumuńskim futbolu.

Na posadę selekcjonera musiał jednak jeszcze poczekać. Kadrę objął dopiero w połowie 1993 roku, na finiszu eliminacji do mistrzostw świata. To była misja ratunkowa. Zakończyła się sukcesem – Rumuni wygrali trzy mecze i mogli później podbijać amerykańskie boiska.

Po mundialu w USA było nieco gorzej, ale wciąż na tyle dobrze, że Rumunia kwalifikowała się do finałowych turniejów. To była silna, pełna osobowości drużyna. Liderem był Hagi, dużo do powiedzenia miał Gheorghe Popescu, który był nawet kapitanem Barcelony. Mocną pozycję w Anglii zbudował sobie Dan Petrescu, pewne miejsce w FC Koeln miał Dorinel Munteanu, pokazywali się Adrian Ilie i Viorel Moldovan.

Do powtórzenia osiągnięcia ze Stanów Zjednoczonych to jednak nie wystarczyło. Na Euro '96 Rumuni grali nieszczęśliwie i odpadli w fazie grupowej. Na mistrzostwach świata we Francji było lepiej – przebili się do drugiej rundy, ale w 1/8 przegrali z Chorwacją. To był koniec pierwszej kadencji Iordanescu.

II

Teraz „Generał” Iordanescu wraca. Ojczyzna znalazła się w potrzebie.

Victor Piturca porzucił kadrę w niezłym stanie – siedem punktów w trzech grach eliminacji do mistrzostw Europy – ale niemal z dnia na dzień, na kilka tygodni przed ważnym meczem z Irlandią Północną. Zrejterował do Arabii Saudyjskiej. W Al-Ittihad zarobi górę petrodolarów.

Następcy trzeba było szukać szybko. Na przejęcie reprezentacji próbowano namówić Munteanu, kiedyś rzetelnego pomocnika, ale rekordzista Rumunii pod względem liczby meczów w kadrze zasłonił się ważnym kontraktem z azerskim Gabala FK. Selekcjonerski fotel nie skusił też Mircei Lucescu, który nie chciał rezygnować z dobrej posady w Szachtarze Donieck. Innych kandydatów nie było.

Zwrócono się więc do Iordanescu. Z konieczności. Akurat był pod ręką – od kilku miesięcy pracował jako dyrektor sportowy rumuńskiej federacji. Znalazł się po prostu w dobrym miejscu i korzystnych okolicznościach. Wykorzystał sytuację. Choć obserwując jego powrót, nie można uciec od wniosku, że wybrano przeszłość, a nie teraźniejszość. Decydował sentyment; wiara w to, że razem z powrotem Iordanescu wrócą sukcesy rumuńskiej piłki. I jest w tym coś rozpaczliwego.

Od ostatnich godnych uwagi wyników „Generała” – awansu do drugiej rundy mundialu w 1998 roku – minęła cała epoka. Dla Iordanescu był to czas rozczarowań i odcinania kuponów od dawnej sławy. Kariera gasła. Półroczną przygodę z kadrą Grecji zakończył konflikt z miejscowymi działaczami, nieudane okazało się też drugie podejście do pracy z reprezentacją Rumunii. Przerżnął z nią walkę o awans do Euro 2004 i w kiepskiej atmosferze odszedł po niezłym początku eliminacji do mistrzostw świata w Niemczech. Lepiej wiodło mu się w Zatoce Perskiej – tam zawsze panował niezły klimat dla trenerów z Europy Środkowej – ale dobre wyniki z tamtymi klubami nie robiły na nikim wrażenia. W końcu i one się skończyły.

Wreszcie powiedział sobie: „dość”. Był 2007 rok.

Miał wtedy nowy narkotyk – politykę.

Już w 2004 roku – był wtedy jeszcze selekcjonerem reprezentacji Rumunii – wystartował do rumuńskiego senatu z ramienia opozycyjnej wówczas Partii Socjaldemokratycznej. Mandatu nie zdobył, ale nie zrezygnował z działalności politycznej. W 2008 roku został senatorem, a cztery lata później kandydował na burmistrza Bukaresztu z poparciem centrolewicowego Narodowego Związku na rzecz Rozwoju Rumunii. Nadzieje miał duże. - Jestem pewny zwycięstwa – mówił na starcie kampanii wyborczej.

Mieszkańcy Bukaresztu nie podzielili jego entuzjazmu. Dostał tylko 1,4% głosów. Tyle samo co szemrany właściciel Steauy Gigi Becali.

Z futbolem miał mniejszy kontakt. Owszem, czasami widziano go w tej czy innej roli, namawiano do kandydowania na stanowisko szefa rumuńskiej federacji, ale niewiele z tego wychodziło. Aż do maja tego roku, gdy został dyrektorem technicznym związku.

Dalszy ciąg już znamy.

III

Eliminacyjny mecz z Irlandią Północną będzie dla Iordanescu powrotem z dalekiej podróży. Siedem lat poza zawodem to dużo.

Wyobraźmy sobie, że nagle, w samym środku eliminacji, w dodatku na kilka tygodni przed ważnym meczem, selekcjonerem reprezentacji Polski zostaje Jerzy Engel. To byłby podobny przypadek.

Iordanescu będzie pewnie utrzymywał, że z prowadzeniem drużyny piłkarskiej jest tak samo jak z jazdą na rowerze – tego się nie zapomina. Podobnie uważa Hagi. - To wspaniały trener – powiedział „Reutersowi”. - Jego kariera była pełna sukcesów. To człowiek, który zna się na swojej pracy - mówi o swoim dawnym szkoleniowcu.

O piłkarzach i osobowościach pokroju Hagiego może tylko pomarzyć. Rumunów nie spotka się obecnie w czołowych klubach kontynentu, rozjechali się po europejskich średniakach, w których z reguły – wyłączając rodzime zespoły – grają najwyżej drugoplanowe role. Najlepszym ambasadorem tamtejszego futbolu wciąż jest Lucescu, który od lat pozostaje na trenerskim posterunku w Szachtarze.

Dość powiedzieć, że najgłośniejszym echem w ostatnim czasie odbił się występ stopera Constantina Motiego w meczu eliminacji Ligi Mistrzów. Piłkarz bułgarskiego Łudogorca Razgrad nie został jednak doceniony za dobrą grę w obronie, lecz awaryjne zastąpienie wyrzuconego z boiska bramkarza i obronę aż dwóch rzutów karnych w konkursie jedenastek. Wyczyn to nie lada, jednak z punktu widzenia jakości gry kadry jednak bez znaczenia; w futbolu było to wydarzenie równe narodzinom dwugłowego cielaka.

Iordanescu podpisał roczną umowę. Cel jest oczywisty – awans do finałów Euro 2016. Sytuacja wydaje się obiecująca: zmiana formatu rozgrywek ułatwia realizację planu, a grupa wydaje się miałka, pozbawiona wyrazistego lidera. W dodatku Grecy, którzy ostatnio regularnie kwalifikowali się do wielkich turniejów, przeżywają duże zawirowania i słabo rozpoczęli eliminacje. Zresztą również za sprawą Rumunów, którzy ograli ich w Pireusie.

Po raz ostatni Rumunia grała na wielkim turnieju w 2008 roku. W poprzedniej dekadzie był to tylko jednorazowy wyskok, awans bez kontynuacji w następnych eliminacjach.

Może jeśli generał Iordanescu ponownie wprowadzi reprezentację do europejskiej elity – nawet jeśli ta została niepotrzebnie rozdęta – to doczeka się awansu na stopień marszałka rumuńskiej armii...

czwartek, 06 listopada 2014

Finlandia wydała na świat Jariego Litmanena i grupkę całkiem solidnych piłkarzy, ale dla futbolu klubowego pozostaje prowincją. Drużyny z Kraju Tysiąca Jezior nie liczą się na arenie międzynarodowej. Znajduje to odbicie w rankingu UEFA – liga fińska jest w nim daleko za polską Ekstraklasą. Największe sukcesy w europejskich pucharach odnosi HJK Helsinki, który dwukrotnie awansował do ich fazy grupowej. W sezonie 1998/99 zagrał w Lidze Mistrzów, w tym roku rywalizuje w Lidze Europy. 

Nie będzie tu jednak nic o pucharowych przygodach sprzed kilkunastu lat, o wyrzuceniu z Ligi Mistrzów francuskiego FC Metz, ani o grze w fazie grupowej tych rozgrywek, w której Finowie dzielnie stawiali opór faworytom i nawet wygrali z Benficą Lizbona. Tym bardziej nie będzie o tym, że opór – jak to często bywa w podobnych historiach – został w końcu przełamany, a HJK zajął ostatnie miejsce w grupie.

Nie będzie też o tegorocznym starcie w Lidze Europy, bo na razie nie ma o czym. No, może tylko o strzelaninie w rewanżowym meczu z Rapidem Wiedeń, która dała klubowi z Helsinek awans do fazy grupowej. W niej HJK przegrał trzy dotychczasowe mecze i nie strzelił nawet gola.

Będzie za to o łączącym obie historie Mice Lehkosuo – przed laty kapitanie HJK, a teraz jego trenerze – i jego numerach.

Lehkosuo był bodaj jedynym piłkarzem w historii, który numer na koszulce wykorzystał do celów... komercyjnych. Owszem, czasami to element marki – z inicjałami Cristiano Ronaldo zrosła się przecież siódemka – ale nikt inny nie wymyślił, by sam w sobie był reklamą. Być może decydowały o tym względy praktyczne – to w końcu mało czytelne. Numer bez kontekstu to przecież tylko numer. Trudno go zawłaszczyć i nadać mu nowe znaczenie.

Sponsor Lehkosuo znalazł na to sposób. Fin na mecze ligowe zakładał koszulkę z numerem... 96.2. Na takiej częstotliwości nadaje helsińskie Radio City – ówczesny dobrodziej piłkarza.

Numer 96.2, Mika Lehkosuo
fot. Maciej Matysek, zdjęcie opublikowane w tygodniku "Piłka Nożna"

W Lidze Mistrzów Lehkosuo musiał zakładać koszulkę z nieco bardziej konwencjonalnym numerem. Wybrał, oczywiście, 96, który i tak pod koniec lat 90-tych był małą sensacją. Od kilku sezonów w rozgrywkach klubowych obowiązywały stałe numery, ale piłkarze z reguły wybierali możliwie niskie. Ekscentrycy próbowali raczej innych sztuczek. Ivan Zamorano przyklejał mały plusik między jedynką a ósemką na koszulce Interu Mediolan, bo nie mógł rozstać się z dziewiątką, którą zabrał mu brazylijski Ronaldo.

Dzisiaj wysokie numery nikogo już nie dziwią. Są codziennością. Hasło „pierwsza jedenastka” dawno nie ma nic wspólnego z numerami noszonymi przez zawodników wyjściowego składu.

Lehkosuo – zostawmy już na boku kwestie reklamowe – po prostu o dobrych kilka lat wyprzedził ogólny trend. Ale właściwie kto miał być forpocztą mody na hokejowe numery w futbolu, jeśli nie piłkarz z Finlandii?

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 11