Na stadionach Polski i Świata.

Z naszego podwórka

wtorek, 17 marca 2015

Przyjście Arnauda Djouma do Lecha wywołało niezrozumiały entuzjazm. Tuż po podpisaniu kontraktu nowego piłkarza nazwano dużym wzmocnieniem, a sam transfer uznano za potwierdzenie mistrzowskich aspiracji klubu. A wszystko to w przypadku zawodnika, o którego istnieniu żaden z podnieconych kibiców nie wiedział jeszcze minutę przed opublikowaniem informacji o jego przyjeździe do Poznania.

Optymizm budowano na wątłych podstawach. Najpierw na tym, że Lech w ogóle zrobił transfer, to już była połowa sukcesu, później na kilku filmach znalezionych w internecie. Na koniec – na własnej wierze w pomyślny obrót spraw.

Reakcje na transfer Djouma to dowód, że we współczesnym futbolu transfery często wywołują emocje podobne do goli i zwycięstw. Kibice nimi żyją, domagają się ich, a później recenzują. I liczą pieniądze. Gdy Piotr Rutkowski tłumaczył się z zimowych transferów Lecha, do pieniędzy wydanych na piłkarzy dodał kwotę, za którą w przyszłości będzie mógł wykupić Davida Holmana. Wszystko po to, by udowodnić, że Kolejorz nie ma węża w kieszeni, jest ważnym graczem na rynku transferowym i ma duże ambicje. Chwalenie się wydatkami i udowadnianie dzięki nim własnej siły przypominało jednak licytację imprezowiczów, który z nich wypił najwięcej i nie puścił pawia.

Djoum trochę widział, ale był niewiadomą, którą należało przyjąć spokojnie. Piłkarzy z podobnym CV są tysiące, można ich wiązać w pęczki i sprzedawać jak rzodkiewkę, więc nie było powodu do wiwatów. Zwłaszcza, że ktoś z tego kameruńskiego Belga wcześniej zrezygnował, puścił wolno, a Lech po prostu go przygarnął. Można było go chwalić przede wszystkim za szybką decyzję, sprawne przeprowadzenie transferu i szczelność, która pozwoliła zrobić z niego niespodziankę. Być może – tego nie wiemy, możemy tylko spekulować, budować scenariusze – wynikało to z tego, że Djoum trafił do Lecha przypadkiem. Rutkowski oczywiście powtarza, że piłkarz był obserwowany od dłuższego czasu, ale przecież nie przyznałby się do działania na chybił-trafił. Taka dezinformacja to też część tego biznesu.

Teoretycznie Lech nie ryzykował zbyt wiele. Krótka umowa zabezpieczyła go przed długoletnim związkiem z niesprawdzonym piłkarzem, który miał być przede wszystkim polisą na wypadek kontuzji i kartek innych pomocników. Na razie Djoum z tej roli wywiązuje się fatalnie.

Ważne zastrzeżenie: to nie miał być piłkarz, na którego dobrą grę będzie się czekać, ale doraźna pomoc dla drużyny. Z Cracovią katastrofy nie było. Djoum grał słabo, tak jak cała drużyna. Nic dobrego nie pokazał, nie przekonał, że warto było go zatrudnić, ale też nic nie zepsuł.

Tragedia nastąpiła przeciwko Zawiszy. Djoum się skompromitował. Nie słabą grą, czy kiepskimi umiejętnościami, ale brakiem odpowiedzialności. To podstawowa cecha defensywnego pomocnika, który ciągle musi grać na granicy przepisów, by wybijać rywali z uderzenia i gasić boiskowe pożary. Potrafi to Łukasz Trałka, który dostaje dużo żółtych kartek, ale mokrą robotę wykonuje na tyle mądrze, że nikt nie wyrzuca go z boiska.

Djoum takiego wyczucia nie miał – w idiotycznych okolicznościach dostał czerwoną kartkę. A przecież można było oczekiwać, że na początku gry w Lechu będzie bezbarwny, ale szczególnie ostrożny. Nie był.

Nie jest Djoum jedynym winnym porażki Lecha z Zawiszą. Na takiej liście jest jednak wysoko. Skoro Lech nie potrafił składnie atakować w jedenastu, nie można było liczyć, że zrobi to w osłabieniu. Można się sprawnie bronić w dziesiątkę, atakowanie w niepełnym składzie jest dużo trudniejsze. Popisowo robiło to PSG, ale to... PSG. Słabsi mają problemy. Zwłaszcza, gdy są w bardzo słabej formie. Tak jak teraz Lech, któremu wciąż dobrą grę liczymy w minutach. Niewielu.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 181