Na stadionach Polski i Świata.

Z naszego podwórka

wtorek, 17 marca 2015

Przyjście Arnauda Djouma do Lecha wywołało niezrozumiały entuzjazm. Tuż po podpisaniu kontraktu nowego piłkarza nazwano dużym wzmocnieniem, a sam transfer uznano za potwierdzenie mistrzowskich aspiracji klubu. A wszystko to w przypadku zawodnika, o którego istnieniu żaden z podnieconych kibiców nie wiedział jeszcze minutę przed opublikowaniem informacji o jego przyjeździe do Poznania.

Optymizm budowano na wątłych podstawach. Najpierw na tym, że Lech w ogóle zrobił transfer, to już była połowa sukcesu, później na kilku filmach znalezionych w internecie. Na koniec – na własnej wierze w pomyślny obrót spraw.

Reakcje na transfer Djouma to dowód, że we współczesnym futbolu transfery często wywołują emocje podobne do goli i zwycięstw. Kibice nimi żyją, domagają się ich, a później recenzują. I liczą pieniądze. Gdy Piotr Rutkowski tłumaczył się z zimowych transferów Lecha, do pieniędzy wydanych na piłkarzy dodał kwotę, za którą w przyszłości będzie mógł wykupić Davida Holmana. Wszystko po to, by udowodnić, że Kolejorz nie ma węża w kieszeni, jest ważnym graczem na rynku transferowym i ma duże ambicje. Chwalenie się wydatkami i udowadnianie dzięki nim własnej siły przypominało jednak licytację imprezowiczów, który z nich wypił najwięcej i nie puścił pawia.

Djoum trochę widział, ale był niewiadomą, którą należało przyjąć spokojnie. Piłkarzy z podobnym CV są tysiące, można ich wiązać w pęczki i sprzedawać jak rzodkiewkę, więc nie było powodu do wiwatów. Zwłaszcza, że ktoś z tego kameruńskiego Belga wcześniej zrezygnował, puścił wolno, a Lech po prostu go przygarnął. Można było go chwalić przede wszystkim za szybką decyzję, sprawne przeprowadzenie transferu i szczelność, która pozwoliła zrobić z niego niespodziankę. Być może – tego nie wiemy, możemy tylko spekulować, budować scenariusze – wynikało to z tego, że Djoum trafił do Lecha przypadkiem. Rutkowski oczywiście powtarza, że piłkarz był obserwowany od dłuższego czasu, ale przecież nie przyznałby się do działania na chybił-trafił. Taka dezinformacja to też część tego biznesu.

Teoretycznie Lech nie ryzykował zbyt wiele. Krótka umowa zabezpieczyła go przed długoletnim związkiem z niesprawdzonym piłkarzem, który miał być przede wszystkim polisą na wypadek kontuzji i kartek innych pomocników. Na razie Djoum z tej roli wywiązuje się fatalnie.

Ważne zastrzeżenie: to nie miał być piłkarz, na którego dobrą grę będzie się czekać, ale doraźna pomoc dla drużyny. Z Cracovią katastrofy nie było. Djoum grał słabo, tak jak cała drużyna. Nic dobrego nie pokazał, nie przekonał, że warto było go zatrudnić, ale też nic nie zepsuł.

Tragedia nastąpiła przeciwko Zawiszy. Djoum się skompromitował. Nie słabą grą, czy kiepskimi umiejętnościami, ale brakiem odpowiedzialności. To podstawowa cecha defensywnego pomocnika, który ciągle musi grać na granicy przepisów, by wybijać rywali z uderzenia i gasić boiskowe pożary. Potrafi to Łukasz Trałka, który dostaje dużo żółtych kartek, ale mokrą robotę wykonuje na tyle mądrze, że nikt nie wyrzuca go z boiska.

Djoum takiego wyczucia nie miał – w idiotycznych okolicznościach dostał czerwoną kartkę. A przecież można było oczekiwać, że na początku gry w Lechu będzie bezbarwny, ale szczególnie ostrożny. Nie był.

Nie jest Djoum jedynym winnym porażki Lecha z Zawiszą. Na takiej liście jest jednak wysoko. Skoro Lech nie potrafił składnie atakować w jedenastu, nie można było liczyć, że zrobi to w osłabieniu. Można się sprawnie bronić w dziesiątkę, atakowanie w niepełnym składzie jest dużo trudniejsze. Popisowo robiło to PSG, ale to... PSG. Słabsi mają problemy. Zwłaszcza, gdy są w bardzo słabej formie. Tak jak teraz Lech, któremu wciąż dobrą grę liczymy w minutach. Niewielu.

wtorek, 10 marca 2015

Maciej Gostomski jest przyzwoitym bramkarzem, ale nigdy nie przekonał, że ma umiejętności pozwalające myśleć o regularnej grze w dobrym klubie. W trakcie półtorarocznego pobytu w Lechu nie wywalczył pewnego miejsca w składzie. Bierze je na chwilę, zaraz oddaje, a po kilku tygodniach w odstawce znów wchodzi do bramki. A konkurencja jest przeciętna. Ani wiecznie kontuzjowany Jasmin Burić, ani stary Krzysztof Kotorowski nie są bramkarzami, którym można zaufać na cały sezon. Ich gra dodaje Lechowi za mało wartości i punktów.

Duża rotacja na pozycji, na której trenerzy cenią stabilność i jasno określoną hierarchię, źle świadczy obsadzie bramki Lecha. Ilość się zgadza, brakuje jakości. Mocny bramkarz powinien być wysoko na liście transferowych potrzeb Macieja Skorży.

A jednak to właśnie refleks Gostomskiego był kluczowy dla wyniku meczu Lecha z Jagiellonią.To była trudna parada. Gostomski przesuwał się do prawego słupka, by nagle zmienić kierunek i rzucić się w lewo do piłki uderzonej z bliska przez Macieja Gajosa. Nie był do dobry strzał, to jasne, lecz i tak stopień trudności był wysoki. Meczu Gostomski tą obroną nie wygrał, nie ratował nią prowadzenia, ale nie dał przegrać. I to czasami wystarczy.

Można tylko zgadywać, co działoby się na boisku, gdyby Gostomski nie odbił piłki. Może tak: Lech grałby nerwowo, jego akcje byłby jeszcze bardziej rwane, a podbudowana prowadzeniem Jagiellonia skutecznie wybijałaby go z tego mizernego rytmu. To realny scenariusz, zgodny z wcześniejszym przebiegiem gry. No, ale Gostomski obronił strzał Gajosa, Barry Douglas w końcu wcisnął gola i Kolejorz z trudem wygrał.

Lech jest w grupie drużyn, które wiosną wymęczyły w lidze najwięcej punktów, ale jego dobrą grę na razie można liczyć tylko w minutach. Niewiele ich się uzbierało: może kilkanaście w wyjazdowym meczu z dołującą Pogonią, najwyżej godzina przeciwko Ruchowi i góra kilka chwil z Jagiellonią. Ze słabą Cracovią nie było jej wcale. Poziom meczu i punkty utonęły w zalegającej na boisku borowinie. 

O ile Lech radzi sobie w obronie, jest w niej przyzwoicie zorganizowany, dzięki czemu potrafił zneutralizować kontry Jagiellonii, to kuleje gra w ataku. Dużo jest do poprawy: od tempa gry, przez jej płynność, aż po słabo bite stałe fragmenty gry, które nie są obecnie dla Lecha żadną korzyścią. Niemal wszystkie te kłopoty mają wspólne źródło – słabą formę ofensywnych piłkarzy.

W gazie jest tylko Zaur Sadajew, na którego nikt niedawno nie postawiłby nawet pięciu złotych, a teraz robi najlepsze wrażenie ze wszystkich atakujących Lecha. I, prawdę mówiąc, świeci też trochę dzięki słabości innych. Łatwiej wyróżniać się na szarym tle. Kiepski po kontuzji jest Szymon Pawłowski, sporo do dobrej formy brakuje Gergo Lovrencsicsowi, Dawid Kownacki najwięcej szumu robi poza boiskiem, Dariusz Formella to jeździec bez głowy, a Muhamed Keita z poważnymi rywalami wciąż gra mało.

Mało w grze Lecha jest też Kaspera Hamalainena. Fin w meczu z Jagiellonią dał dwa kluczowe podania – sprytnym zgraniem stworzył okazję Zaurowi Sadajewowi, a dzięki kombinacyjnej wymianie piłki wyprowadził na strzał Karola Linettego. I to byłoby właściwie na tyle. Poza tym Hamalainen znikał na długie fragmenty meczu, był mało aktywny, nie radził sobie na ograniczonej przestrzeni. Piłek nie tracił, ale najczęściej wybierał bezpieczne rozwiązania, krótko odgrywając piłkę do tyłu. Od centralnej postaci ofensywny Lecha trzeba wymagać więcej.

Lech rozpędza się bardzo powoli. Na razie pokazał mało porządnej piłki, głównie cierpiał, a punkty wyrywał rywalom z gardła. Podobno, tak wszyscy powtarzają, takie mecze cementują, dają pewność, są nawozem przyszłych zwycięstw. Zazwyczaj brzmi to jak pocieszanie się, że choć silnik strasznie rzęzi, tak strasznie, że trudno to wytrzymać, to dobrze, że jedziemy. Lech jedzie, ale Skorża musi jak najszybciej go wyregulować. 

piątek, 27 lutego 2015

Legia została brutalnie sprowadzona na ziemię przez Ajax, ale i tak ma za sobą udany sezon w europejskich pucharach. Właśnie – udany. Należy doceniać jej wyniki, bo w ostatnich kilkunastu latach podobne występy polskich drużyn na arenie międzynarodowej zdarzały się rzadko, ale nie można ich przeceniać. Nie wydarzyło się nic przełomowego. Legia w pucharach zlała Celtic i pewnie wyszła ze słabej grupy w Lidze Europy, ale ostatecznie, w skali makro, powtórzyła wynik Lecha, Wisły i swój sprzed kilku lat. Nie są to powody do dumy, o których po rewanżu z Ajaksem mówił oszołomiony jeszcze meczem Michał Żyro. Taka ocena jest śmieszna, ma niewiele wspólnego z rzeczywistą wartością tych wyników i trąci minimalizmem.

Nie ma też powodu, żeby teraz z Legii szydzić. Ajax spuścił jej łomot – zdarza się. Inni, choćby nieudolny w lipcu Lech, w tej edycji pucharów kompromitowali się bardziej.

Śmiać można się za to na wspomnienie reakcji po wylosowaniu Ajaksu. Zapanował taki entuzjazm, jakby Legia nie miała w planach gry z mistrzem Holandii, lecz niszczejącym Widzewem. Zrobiono z niej prawie faworyta, a skończyło się mało przyjemnie. Ten Ajax to żadne mecyje, jednak drużyna wciąż silniejsza od Legii. Czasami warto nieco mocniej stąpać po ziemi. Rozczarowanie jest wtedy mniejsze.

W balon dmuchano mocno. Powietrze, które uszło z niego po pierwszej połowie meczu w Amsterdamie, dopompowano po drugiej. Optymizm przed rewanżem próbowano budować na dobrym fragmencie gry, kilku szansach, porażce, to fakt, ale w niezłym stylu. To taka nasza specjalność.

Teraz nie ma już czego pompować. Balon pękł z hukiem. Przebił go Arkadiusz Milik.

Rewanż mógł toczyć się na innych warunkach, ale Legia zmarnowała mecz w Amsterdamie. Najpierw pierwszą połowę, będę się upierał, potem kilka okazji w drugiej. Bramka była za mała, by Żyro trafił do niej z pięciu metrów nad leżącym Jasperem Cillessenem, więc to Ajax bezlitośnie trafił Legię. Żyro do czterech – tak też można opisać ten dwumecz.

Nawiasem: Żyro od kilku sezonów uznawany jest za duży talent, czasami pokazuje spore możliwości, a Legia szykuje grunt pod wielomilionowy transfer. W meczu z Ajaksem można go było porównywać z Milikiem. Różni ich prawie wszystko, od wieku po pozycji, ale najważniejsze jest tempo rozwoju i punkt kariery. Dzisiaj Milik gra na europejskim poziomie. Żyro grywa na nim raz na sto lat. Niby podobne słowo, ale duża różnica.

Fiasko poniósł plan Henninga Berga. Norweg rotował składem i oszczędzał swoich liderów na mecze pucharowe. Było to podszyte przekonaniem, że Legia nie ma w Polsce z kim przegrać, i tak zdobędzie mistrzostwo, więc nie musi angażować wszystkich sił w ligową młóckę. Jesienią ta koncepcja się sprawdziła. Legia gubiła dużo punktów, przegrywała z drużynami z środka tabeli, lecz prowadziła w lidze i wygrywała w pucharach. Wiosną tak dobrze już nie było. Nie dość, że nie dała rady Ajaksowi, to jeszcze rywale odrobili część dystansu w tabeli, co jeszcze może się jej odbić czkawką.

Warunki w lidze się zmieniły. I Legia wcale nie musi ich dyktować tak skutecznie jak jesienią.

poniedziałek, 23 lutego 2015

Po golu Zaura Sadajewa na telebimie pokazano siedzącego na ławce rezerwowych Vojo Ubiparipa. Lech prowadził z Ruchem 1:0, kibice cieszyli się ze zdobycia bramki, Czeczen zbierał gratulacje, a twarz Serba tężała. Gdyby ktoś miał po jego minie odgadnąć, co dzieje się na boisku, pewnie powiedziałby, że Lech wysoko przegrywa.

Dobro klubu to jedno, interes piłkarza – coś innego. Często to rozbieżne rzeczy. Ubiparip nadzieje na grę, a co za tym idzie większy zarobek, może pokładać głównie w nieszczęściach całej drużyny – porażkach, słabej formie konkurentów do gry w jedenastce i ich kontuzjach. Im lepiej będzie się wiodło Lechowi, tym gorzej dla Serba, który powinien powoli żegnać się z Poznaniem i musi rozglądać się za nowym pracodawcą.

Teraz – z punktu widzenia Ubiparipa – jest źle. U Macieja Skorży o punkty zagrał tylko raz. Jesienią długo dochodził do sił po kontuzji, a przed meczem z Pogonią sam skorzystał na problemach zdrowotnych innych. Był bezbarwny, grał słabo, zresztą jak cały Lech, więc szybko wrócił na ławkę rezerwowych. W klubowej hierarchii jest nisko. Maciej Skorża ma innych faworytów.

Meczem z Ruchem pozycje w drużynie umocnił Sadajew. Skorża czuje do niego miętę, wierzy w niego i czyni podstawowym napastnikiem Lecha. W niedzielę otrzymał przekonujący sygnał, że dokonał właściwego wyboru. Sadajew grał dobrze, był aktywny w wielu strefach boiska i bardzo pożyteczny w defensywie. W dodatku – tu nowość – nie dał się sprowokować. Całą energię wykorzystał do gry w piłkę, a nie kłótni, przepychanek i wymachiwania rękami. Mecz skończył z golem, udziałem przy bramce Kaspera Hamalainena i wywalczonym rzutem karnym. To dobry bilans. Jeśli – założenie tylko na potrzeby tekstu – między Sadajewem a Ubiparipem toczyłaby się rywalizacja o pozostanie w Lechu, to akcje Czeczena stałyby zdecydowanie wyżej.

Wyższe notowania mają też Dawid Kownacki, który dla Lecha jest bez porównania bardziej perspektywiczny od Ubiparipa, oraz próbowany jesienią na szpicy Hamalainen. Gra z fałszywym napastnikiem była ciekawa, choć na ogół lepsza od wyników. Dla Skorży taki wariant może być kuszący, bo można w nim wykorzystać duży potencjał pomocników Lecha. Jednocześnie na boisku mogą w nim przebywać niezbędny w każdym układzie Łukasz Trałka oraz Karol Linetty, Darko Jevtić, Gergo Lovrencsics, Szymon Pawłowski i Hamalainen.

Ubiparip nie przekonał, że ma odpowiednie umiejętności, żeby odgrywać ważną rolę w ataku Lechu. Ot, sprowadzony za zbyt duże pieniądze i za dobrze opłacany przeciętniak, który czasami wypali – pamiętamy jego trzy gole z Piastem na otwarcie tego sezonu – ale częściej nie wniesie nic interesującego do gry. Nigdy jednak nie dostał poważnej szansy. Nie wszyscy piłkarze od razu odpalają w nowym klubie, niektórzy potrzebują więcej czasu, cierpliwości i zaufania. Serb nie mógł na to liczyć, bo zazwyczaj ktoś miał mocniejszą pozycję w walce o jedyne miejsce w ataku Lecha. 

Najpierw Ubiparip przegrywał rywalizację ze strzelającym na potęgę Artiomem Rudnevsem, potem z rozgrywającym sezon życia Bartoszem Ślusarskim, a w końcu z będącym dobrą inwestycją klubu Łukaszem Teodorczykiem. I nawet wtedy, gdy w ataku Lecha panowało bezkrólewie, to Ubiparip nie mógł się przebić, bo akurat leczył ciężką kontuzję. Korzystali inni. Serb regularnie grywał tylko na skrzydle, ale widać było, że to nie jest jego miejsce na boisku. Walczył, pracował, jednak nie miał predyspozycji, by zrobić karierę na tej pozycji. Był tylko zapchajdziurą.

Dni Ubiparipa w Lechu można dokładnie policzyć. Do końca kontraktu pozostało ich jeszcze 128. Więcej nie może być. Postęp wymaga ofiar.

piątek, 20 lutego 2015

Chodzi o to, żeby dawać sobie szanse, a potem je wykorzystywać. Pierwszego Legia długo nie robiła, drugiego – nie potrafiła. Ale dwumecz z Ajaksem ciągle jest do wygrania.

Plan Henninga Berga miał ograniczyć pole gry Ajaksu. Legia realizowała go przyzwoicie, broniła głęboko, długimi fragmentami kontrolując ataki Holendrów, ale koszty były bardzo wysokie. To była gra jednowymiarowa, na przeczekanie, obliczona tylko na uzyskanie bezbramkowego remisu. Legia sama ograniczała się tak defensywnym nastawieniem. Gdy przejmowała piłkę, stawała się typową polską drużyną, która przed meczem pociesza się, że rywale też są ludźmi. Była zahukana, niezdolna do wyprowadzenia ataku i nastraszenia Ajaksu.

Zachowawcza gra Legii był do przewidzenia, lecz okazała się zupełnie nieskuteczna. I w ogóle, bo Ajax i tak strzelił gola, i w szczególe. Nie po to przecież Legia broniła blisko bramki, a Ivica Vrdoljak stawał się trzecim stoperem, by Arkadiusz Milik na linii pola karnego miał tak dużo miejsca na strzał.

To był jeden z tych przypadków, gdy stracony gol odmienia drużynę na lepsze. Berg miał plan awaryjny, a piłkarze potrafili przenieść go na boisko. Legia nie była już typową drużyną z Polski, która poddaje się rytmowi meczu, ale wreszcie sama próbowała go nadawać. 

Druga połowa pokazała, że można było grać odważniej, stawiać mu inne warunki, mocniej naciskać na jego niepewną obronę. Legia grała ofensywniej, ale bardzo rozważnie. Okazało się, że wcale nie trzeba było ryglować się przed Ajaksem, który nie potrafił wykorzystać większej przestrzeni do atakowania.

Bardziej otwarta gra w pierwszej połowie nie musiała dać lepszego wyniku, to oczywiste, ale podjęcie ryzyko zwiększyłoby szanse na ugranie czegoś w Amsterdamie. Legia tego nie zrobiła. Zamiast dać sobie szansę, długo czekała aż dostanie ją od Ajaksu. To za mało.

Legia może czuć niedosyt. Straciła gola, zmarnowała pierwszą połowę gry i nie wykorzystała kilku okazji, które powinny jej dać przynajmniej remis. Teraz będzie budować optymizm na podstawie porażki w niezłym stylu – to też typowo polskie. Fakt, było przyzwoicie, ale tylko przez pół meczu. Ajax jest do przejścia, to cień dawnej potęgi, ale tylko przez Legię z drugiej połowy meczu w Amsterdamie. W Warszawie musi być odważna, rozsądna i – przede wszystkim – skuteczna.

wtorek, 10 lutego 2015

Najdłuższy transferowy serial w Polsce, ten z Sebastianem Milą w roli głównej, wreszcie doczekał się zakończenia. Było jak w kiepskim tasiemcu. Niby zdarzały się zwroty akcji, ale całość nieznośnie się ciągnęła. Niby było napięcie, ale z każdym odcinkiem coraz bardziej męczące.  Niby wszyscy są zadowoleni z finału, ale – znowu ale – dopiero okaże się, czy na pewno było się z czego cieszyć. Zakończenie jest otwarte. W przypadku wszystkich transferów podpisy na umowach kończą tylko jeden etap. Drugi, ten z akcją w szatni i na boisku, będzie dużo ważniejszy, bo zadecyduje o powodzeniu całej operacji. I może zdarzyć się tak, że niedawny sukces wszystkie zainteresowane strony solidarnie uznają za porażkę.

Przejście Mili do Lechii jest zrozumiałe niemal z każdego powodu. Na pewno bardzo dobrze w niej zarobi. Komfort na lata zapewnia też długa umowa, która w przypadku tak zaawansowanych wiekiem zawodników jest rzadko spotykana. Szaleństwem byłoby zrezygnować z takiego luksusu. Zwłaszcza, jeśli dostaje się go od swojego wymarzonego podobno klubu, w rodzinnych stronach, blisko starzejących się rodziców, co też miało być ważnym argumentem za przeprowadzką do Gdańska. Nawiasem: zyskuje Mila na takich deklaracjach, patrzy się na niego z większą sympatią, bo odpowiedzialnie podchodzi do życia.

Nie broni się ten transfer tylko ze sportowego punktu widzenia. Mila zamienił drużynę walczącą o podium, kto wie, może nawet o mistrzostwo, na klub, który przede wszystkim musi zapewnić sobie utrzymanie. Lechia w lidze zostanie, spadek w takich okolicznościach byłby numerem stulecia, ale to i tak obecnie sportowa degradacja. Trudno powiedzieć, czy też jakiekolwiek wyzwanie, impuls, to często tylko wytrychy, które nic nie znaczą. Na pewno – trochę świeżego powietrza.

Przy okazji będzie walczył o indywidualny cel – pozostanie w reprezentacji Polski. Wyjazd na finały mistrzostw Europy, który teraz jest całkiem prawdopodobny, byłby bardzo ładnym zwieńczeniem jego skomplikowanej kariery. Do turnieju zostało jednak dużo czasu. Wystarczająco, żeby wszystko zepsuć. Na przykład przerżnąć eliminacje. 

Można też po prostu wypaść z kadry. Co prawda mówi się, że Adam Nawałka był zwolennikiem przejścia Mili do Lechii, lecz tuż przed rozpoczęciem wiosennej części rozgrywek jest mnóstwo niewiadomych. Zbyt dużo, by już teraz rozwiązać to równanie.

Nie wiadomo przecież jak Mila odnajdzie się w nowym otoczeniu. Zmiana nie musi być korzystna, bo znajdzie się w innej sytuacji niż w Śląsku. Tam był jednym z liderów. Tadeusz Pawłowski przesuwał akcenty w drużynie, dał Mili kilka prztyczków w ucho, stworzył mechanizmy, które stały się kluczem do renesansu piłkarza. 

W Gdańsku będzie inaczej. Istotny jest kontekst: transfery gotówkowe zdarzają się w lidze rzadko, jeszcze rzadziej dotyczą graczy takiego kalibru, prawie wcale – nie zmieniają oni klubu na słabszy. Mila ma być najważniejszy. Wymagania wobec niego będą ogromne. Jakby na ich podkreślenie już kilkanaście dni po przyjściu do Lechii został jej kapitanem.

Nie wiadomo tylko, czy Jerzy Brzęczek będzie potrafił odpowiednio wykorzystać Milę. To wciąż trener-zagadka. Prawda, Pawłowski też nią był. Nie każda ma jednak tak pozytywne rozwiązanie.

Zwłaszcza, że w Lechii łatwo się sparzyć. Przed sezonem oczekiwania wobec Lechii były spore, niektórzy widzieli ją już na ligowym podium, ale był to głównie efekt nadinterpretacji i pomylenia pojęć. Ilość pomylono z jakością, zamieszanie z pomysłem, zbieraninę z drużyną. W ostatnich miesiącach to nie był zdrowy klub. Półroczna burza, zastanawiające posunięcia kadrowe, kryzys decyzyjny, przez który długo szukano stałego trenera – w Gdańsku panował chaos. 

W przerwie zimowej było spokojniej, ale nie jest jeszcze pewne, czy sytuację ostatecznie opanowano. Na pewno zmieniono politykę transferową, zimą zatrudniano głównie zawodników doświadczonych, już niesprzedawalnych, a nie graczy na dorobku.

Gra Mili w Gdańsku będzie jednym z ciekawszych wydarzeń piłkarskiej wiosny w Polsce. Bohaterem sezonu już jest, to wypracował sobie w reprezentacji, teraz czekamy, w którą stronę potoczy się ta historia – czy będzie w niej happy-end, dramat, czy może jednak "Świat według Kiepskich".

wtorek, 04 listopada 2014

Najgroźniejszym rywalem Lecha nie jest żaden z ligowych rywali, ale on sam. Kolejorz nie wykształcił w sobie instynktu zabójcy, jest za to nosicielem wirusa samozagłady, który uaktywnia się z różnymi skutkami w prawie każdym meczu. Scenariusz jest podobny – zamiast dobić rywala i spokojnie kontrolować grę, Kolejorz zaczyna grać nerwowo, popełnia absurdalne błędy i nie wykorzystuje swoich szans. W dodatku często nie jest to efektem wzmożonych starań przeciwników, ich lepszej gry, czy wyższych umiejętności. Lech sam wprowadza niepewność do swojej gry, łatwo daje się wytrącić z równowagi i słono za to płaci marnując kolejne szanse na wygrane.

Na razie stracił cztery wyjazdowe zwycięstwa, dzięki którym mógłby się już wygodnie rozsiąść w fotelu lidera Ekstraklasy. To nie jest myślenie życzeniowe, oderwana od rzeczywistości gdybologia, bo przecież Lech przy okazji każdej ze zmarnowanych szans – z Ruchem, Legią, Koroną i Śląskiem – miał wszystkie atuty w swoich rękach. Katastrofą mógł się skończyć też mecz z Jagiellonią w Pucharze Polski. Lech zaczął popisowo, miał rywala na łopatkach, ale kompromitujące błędy zakończyły się stratą dwóch goli. A przecież tego partactwa – podań pod nogi rywali, błędów w wyprowadzeniu piłki, braku komunikacji – było więcej. Ostatecznie Lech wygrał, ale zamiast przyjemnego wieczoru była droga przez mękę.

Szymon Pawłowski po brzydkim zwycięstwie z Górnikiem Łęczna mówił, że liczą się tylko punkty, a o okolicznościach ich zdobycia nikt nie będzie pamiętał już za dwa tygodnie. Być może tak będzie, lecz – mam wrażenie – takie lekceważenie słabej gry przez piłkarzy ciągle odbija się Lechowi czkawką i nie pozwala zrobić mu kroku do przodu.

Można przecież zmarnowane szanse na zwycięstwa sprowadzić do braku skuteczności i na tym poprzestać, do kilku wyrwanych z kontekstu sytuacji, tak jak lubią to robić nasi ligowcy, ale byłoby to szkodliwe spłycenie problemu. Lechowi bowiem najbardziej brakuje dojrzałości – cechy trudnej do zmierzenia, ocenianej intuicyjnie, lecz jednej z pomagających odróżnić drużyny ukształtowane od tych ciągle się tworzących. Można ją definiować na różne sposoby, zwracać uwagę na mentalność, dyscyplinę taktyczną lub umiejętności, lecz w każdym z tych aspektów Kolejorz nie jest wystarczająco uformowany nawet na polską ligę. Wciąż za mało w nim jakości, za dużo – niestety – zwyczajnego dziadostwa, niechlujstwa, minimalizmu. To kosztuje punkty.

Podobnie było przez całą za kadencji Mariusza Rumaka. Lech w żadnej chwili nie był drużyną ukształtowaną. Czasami sprawiał takie wrażenie, ale – no właśnie – to było tylko wrażenie. Zbyt często lechici dawali się sprowadzać do poziomu słabszego rywala i nie potrafił opanować boiskowego kryzysu. Zamiast grać w piłkę, tylko rozpaczliwie wykopywał ją spod własnej bramki.  Czasami, gdy miał więcej szczęścia, udawało mu się wygrywać. Bywało jednak i tak, że marnował wypracowaną przewagę, pękał pod naporem prymitywnych środków i frajersko gubił punkty ze słabymi przeciwnikami.

Dwa miesiące kadencji Macieja Skorży to zbyt krótki czas, by Lech dojrzał. Jeśli uda się do tego doprowadzić w przyszłości, usunąć ten gen samozagłady, to może dojść do przełomu, który pozwoli Kolejorzowi wykonać skok jakościowy. Nawet jeśli w drużynie łatwo zidentyfikujemy braki, zauważymy kilku niepożądanych już gości i piłkarzy w słabszej formie, to dostrzeżemy też spory potencjał. Co ważne – ciągle w dużym stopniu niewykorzystany.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 26