Na stadionach Polski i Świata.

Wpisy z tagiem: ekstraklasa

czwartek, 28 października 2010

To oczywiste - ten tekst nie będzie obiektywny. Może za to być chaotyczny, tak jak gra Lecha, a i banału w nim nie zabraknie. I jeszcze jedno: kto wie, czy w momencie postawienia ostatniej kropki jego część będzie jeszcze aktualna. Sytuacja jest napięta, do zmian może dojść w każdej chwili.

1.

Tego karnawału nie zapomni nikt, kto wtedy był na Starym Rynku. Lech zdobył mistrzostwo Polski, a Poznań oszalał z radości. Tłum śpiewał, tłum krzyczał, tłum skakał. Tłum był po prostu szczęśliwy i bawił się do białego rana. Wydawało się, że ta fala entuzjazmu poniesie Kolejorza aż do fazy grupowej Ligi Mistrzów, tymczasem stało się coś zupełnie niespodziewanego - Lech zarył nosem w ligowe dno i nie potrafi się z niego wygrzebać. Wszystko rozleciało się szybko - od tamtej majowej nocy nie minęło nawet pół roku, a z mistrzowskiej atmosfery, poza pięknymi wspomnieniami, nie pozostało już właściwie nic.

Nie zmieniło się tylko jedno - Lech swoją grą i wynikami znów daje powód, by skoczyć do sklepu po flaszkę. W maju można było wznieść toast za mistrzostwo, teraz pozostaje już tylko odkazić organizm po serii paskudnych meczów.

2.

Teksty o Lechu nastrojem przypominają nekrologi, a patrząc na grę człowiekowi udziela się atmosfera cokolwiek pogrzebowa. Fakty są bezlitosne: Kolejorz przegrał w tym sezonie już pięć meczów, z czego cztery z rzędu, w trzech ostatnich nie potrafił strzelić gola, w tabeli zsunął się na czternaste miejsce i wygląda na drużynę w fazie zaawansowanego rozkładu.

To psucie się zespołu i jego gry było widoczne w każdym z przegranych przez Lecha meczów. Najwyraźniej w pierwszym z czarnej serii - przeciwko Legii, gdy Kolejorz przerżnął tylko i wyłącznie na własne życzenie. Do przerwy Lech grał na tyle dobrze, że powinien strzelić kilka goli, ustawić sobie przeciwnika w dogodnej pozycji i spokojnie kontrolować przebieg gry. Miał ku temu mnóstwo sytuacji, ale pod bramką Peszko i spółka byli wyjątkowo nieskuteczni i niechlujni.

Trudno wyobrazić sobie, co działo się przez 15 minut przerwy - Lech stanął, rozkleił się, stał się bezradny. Następowała kompletna dezorganizacja gry, brakowało pomysłu, mnożyły się absurdalne błędy i gole, po rzutach rożnych i wolnych pod bramką był popłoch, a piłkarze zachowywali się jakby kopali piłkę lekarską. I jeżeli napisze się, że piłkarze potykali się o własne nogi, to nie będzie to nędzny zabieg literacki, ale po prostu prawda. Więcej: oni na boisku momentami głupieli i wpadali w przedziwną panikę. Trudno się na to patrzyło.

Wiele słów zastąpiłby seans z golami, które Lech tracił w tym sezonie. Większość z nich wygląda po prostu źle, głupio. Kłuje po oczach chaos przed bramką, nieporadność obrońców, ciamajdowate interwencje bramkarzy...

Piszę o tym w detalach, bo sytuacja się powtarzała. Tak było i w Bełchatowie, i przeciwko Zagłębiu Lubin, a nawet - choć najmniej podobnie - w Zabrzu. Znów Lech mógł i w zasadzie powinien wygrać mecz przed przerwą, tak jak zrobił to z Cracovią we wczorajszym meczu Pucharu Polski, ale przegrywał go w drugiej połowie. To też pokazuje, jak cienka jest granica między sukcesem a dziadostwem: gdyby Stilić dobił Legię i strzelił gola Zagłębiu pewnie nie byłoby całej tej hecy.

Nie dobił, nie strzelił i jest problem, na który recepty na razie nie potrafi znaleźć Jacek Zieliński. Próbuje nowych rozwiązań, zmieniać piłkarzy i ustawienie - wiele z tych ruchów nie wnosiło do gry absolutnie, powodując jedynie jeszcze większy chaos. Symbolem tej szkoleniowej desperacji może być wpuszczenie na boisku w Zabrzu Jana Zapotoki. Apatyczny Słowak w Poznaniu przebywa już półtora roku i zdążył przez ten czas udowodnić, że w klubie jest potrzebny jak - pardon - koszula w dupie.

3.

Ostatni raz równie paskudną serię w lidze Lech zanotował na przełomie lata i jesieni 2004 roku. Kolejorz, wtedy jeszcze biedny jak kościelna mysz, przegrał aż pięć meczów z rzędu i na długo osiadł na dole tabeli.

- Panie Czesiu, pan się nie boi, cały stadion murem za panem stoi - śpiewał wtedy stadion, popierając w trudnych chwilach Michniewicza. Trenera nie zwolniono, Lech wyszedł z kryzysu i grał na miarę możliwości, lądując w środku tabeli.

O Zielińskim nikt tak nie zaśpiewa, tłum teraz krzyczy: - Zieliński musi odejść! Krzyknąłbym razem z nim, bo wydaje się, że sytuacja dojrzała do zmian. Drużyna gra po prostu źle, nie ma wyników, zbyt wielu czołowych piłkarzy jest bez formy, z boiska zbyt często wieje bezradnością i zniechęceniem, a za wszystkim wlecze się jeszcze przygotowanie do sezonu.

Krzyknąłbym, ale nie wiem, czy już teraz, czy dopiero w przerwie zimowej. Człowiek mądrzeje i zanim wyciągnie z kieszeni chusteczkę, żeby komuś pomachać na pożegnanie, rozgląda się wokół, analizuje, zastanawia się... I dostrzega kilka zagrożeń. Można oczywiście zagrożenia nazwać wyzwaniami; warto jednak skalkulować ryzyko i pomyśleć, czy zmiana rzeczywiście skończy okres dziadostwa.

Oczywiście nie jest głupie założenie, że gorzej z Lechem niż obecnie już nie będzie, więc zmiana trenera nie wiąże się z żadnym niebezpieczeństwem, a jedynie z nadzieją. Jednak nawet działając w takich warunkach można się bardzo sparzyć i narobić jeszcze więcej bajzlu. Zwłaszcza jeśli decyzje podejmuje się w pośpiechu, a do całej operacji - ćwierka tak różne ptactwo - jest się przygotowanym jak stereotypowi drogowcy na atak zimy. Zresztą spójrzmy na te dobrze znane nazwiska: z punktu widzenia kibica Lecha kilka z nich powoduje śmiech, inne palpitacje serca, a przy niektórych trzeba strzelić sobie solidnego kielicha waleriany, żeby wytrzymać nerwowo taką wizję. Żaden z trenerów kręcących się koło naszej ligi - a tylko tacy wchodzą w grę - nie oferuje wiele więcej, jeżeli w ogóle cokolwiek, niż Zieliński. I dotyczy to zarówno polski trenerów, jak i obcokrajowców, z wymienianym przez media Jose Mari Bakero włącznie. Lepiej trochę poczekać, niż brać człowieka z łapanki.

Zastanawiam się też, jaki skutek może dać zmiana trenera już teraz. I tak bazowałby na przygotowaniu drużyny przez Zielińskiego, a sam miałby bardzo ograniczone możliwości wprowadzenia zmian. Prawie do końca rundy Lech będzie grał co trzy dni, więcej czasu spędzając w autokarze i samolotach niż na boisku treningowym. Ile w takiej sytuacji może dać tylko nowy impuls, świeże spojrzenie, motywacja, atmosfera?

4.

Mówią, że Zieliński to "wuefista", że brakuje mu charyzmy, nie ma wizji, nie ten kaliber i Bóg tylko raczy wiedzieć co jeszcze. A przecież wystarczy przypomnieć, że Zieliński w półtora roku osiągnął z Lechem więcej niż przez trzy sezony jego poprzednik, który - jak sam z dumą podkreśla - nie był miękkim ch... robiony.

Z Zielińskim mam problem - znajduję sporo powodów, by go krytykować, ale też wiele, by go bronić. Nie jest to postać jednoznaczna: zdobył mistrzostwo, ale przegrał Ligę Mistrzów. Awansował do Ligi Europy, ale klepie biedę w lidze. Tych "ale" jest mnóstwo, działają w każdą stronę. Teraz więcej jest tych na "nie".

5.

Lech zagra w tej rundzie 30 meczów na różnych frontach, czyli o jeden mniej, niż niektórzy ligowi rywale w całym sezonie. Nic dziwnego, że wniosków i wątpliwości już pod koniec października jest tyle, co po całych rozgrywkach. Pisać można bez końca - o braku stabilnego bramkarza; o tym, że Manuel Arboleda na boisku zbyt często zamienia się w bombę zegarową; o Marcinie Kikucie, który chyba jest najrówniej i najlepiej grającym piłkarzem Kolejorza. O Joelu Tshibambie napisać trudniej, bo na samą myśl człowiek mimowolnie łapie się za głowę.

Można też pisać o tych meczach w europejskich pucharach. Świadomie je pomijam, bo w zestawieniu z ligowymi problemami Lecha to inna, lepsza i ładniejsza bajka. Chociaż kiedy oglądałem mecz z Manchesterem City miałem zupełnie inne skojarzenia - z uczniem, którego ktoś wywlókł za uszy z podstawówki czy innego gimnazjum i zainstalował na studiach. Przepaść spora, doświadczenia bezcenne. Teraz trzeba zrobić wszystko, by w przyszłym sezonie można je było wykorzystać na europejskich boiskach.

6.

Lech rozbił Cracovię w Pucharze Polski, czyli zrobił dokładnie to, co powinien. Nie można tego wyniku w żaden sposób przeceniać - jedna jaskółka nie czyni wiosny. Zwłaszcza, że obrońcy Pasów urządzali sobie kabaret, a drużyna - zgodnie ze słowami jej byłego trenera - zagrała poniżej godności. W takich okolicznościach nawet retoryczne pytanie, czy Lech wychodzi z kryzysu, wydaje się niestosowne.

To zwycięstwo Lech musi potwierdzić w lidze. Wcale nie dlatego, że czołówka jest daleko, ale dlatego, że od dna należy się odbić. Kikut, który wyrósł ostatnio na nieformalnego rzecznika drużyny, trzeźwo zauważył, że Kolejorz walczy teraz o utrzymanie. Potencjał ma taki, że byt powinien sobie zapewnić jeszcze w tym roku, ale takie postawienie priorytetów jest bardzo ważne i świadczy o kondycji zespołu. Chociaż nie można jeszcze wykluczyć tego, że Lech skończy sezon na podium, nie ma co się tym na razie zajmować. Trzeba po prostu zacząć grać na miarę możliwości i kosić punkty. Tylko tyle i aż tyle.

środa, 17 marca 2010

Maciej Skorża

Maciej Skorża odszedł z Wisły jako trener, w pewnym sensie, niepokonany na własnym podwórku. Oba pełne sezony swojej pracy w Krakowie kończył jako mistrz Polski, w trzecim - już niecałym - też pozostawił drużynę na pierwszym miejscu w tabeli.

To statystyczne fakty, wrażenie było z rundy na rundę coraz gorsze. Wisła grała przeciętnie, męcząco, wygrywała głównie dzięki kilku indywidualnościom oraz zabójczej, godnej podziwu konsekwencji. Dzisiaj nawet to jest wspomnieniem. Oznaką kryzysu jest gra Marcelo - jesienią najlepszego obrońcy ligi, dziś piłkarza ociężałego i nieporadnego prawie jak Wojciech Łobodziński.

Było oczywiste, że za słabą grę lidera posadą zapłaci Skorża. Moment na zmianę trenera - dotyczy to również Legii - wybrano jednak przedziwny, akurat w okresie największego nasycenia meczami jakie znają polskie kluby. Henryk Kasperczak ma teraz bardzo mało czasu na wdrożenie swoich pomysłów i pogmeranie przy drużynie. Akcja ratunkowa może na razie nie przynieść poprawy, a jedynie chaos.

Zwolnienie Skorży było rozwiązaniem najłatwiejszym, ale nie powinno być końcem zmian. Jeśli przyjmiemy, że zużył się trener, musimy zauważyć też, że zużyli się również niektórzy piłkarze. Przydałoby się trochę świeżości w tej kompozycji.

Świeżości złapał też sam Skorża. Nie wygląda na przygnębionego zwolnieniem z pracy; wręcz przeciwnie - zdaje się, że poczuł ulgę...

* * *

Sławomir Peszko to najlepszy skrzydłowy naszej ekstraklasy - za dobry, za szybki i zbyt cwany dla większości obrońców. Dla Lecha piłkarz bezcenny - 7 goli i 8 asyst w 20 meczach to wystarczająca rekomendacja, chociaż i tak nie oddaje w pełni jego pozytywnej pracy na boisku.

Zawsze musi być jednak jakieś ale.

Ale Peszki to kartki - w lidze dostał już osiem żółtych, a dwa razy wylatywał z boiska przed końcem meczu. Zbierał je także na wszystkich innych frontach: w Lidze Europy (dwie żółte), w Pucharze Polski (dwie żółte, w efekcie czerwona) i w reprezentacji (trzy żółte, dwie z nich zamieniły się w czerwień). Łącznie daje to wynik godny boiskowego rzeźnika - w 30 meczach aż 15 żółtych kartek i 4 czerwone!

Kartki Peszki to jednak nie efekt brutalności, ale charakteru i trudnych do wyjaśnienia zaćmień. Takich choćby jak to z wiosennego meczu z Polonią Warszawa - Peszko dostał żółtko za blokowanie ręką wyrzutu z autu na środku boiska...

Kartkowa pauza Peszki w meczu z Jagiellonią, pewnie nie ostatnia w tym sezonie, to dla Lecha spory problem, a przecież wkrótce mogą być kolejne. Odpoczywać za czerwień musi już Grzegorz Wojtkowiak, a zagrożeni karencją są Robert Lewandowski, Semir Stilić, Dimitrije Injac, Seweryn Gancarczyk i Ivan Djurdjević - piłkarze bardzo ważni lub niezbędni. Jacek Zieliński oprócz szykowania taktyki na kolejne mecze musi też sporządzić harmonogram łapania kartek, tak by nie rozsadziło mu drużyny...

* * *

Jeszcze kilka lat temu wydawało się, że Ryszard Wieczorek ma papiery, by zostać solidnym ligowym trenerem. Wprawdzie dość nisko należało oceniać jego szanse na zatrudnienie w klubach z najwyższej półki, ale można było się spodziewać, że te z trochę niższej na długo staną się środowiskiem pracy dla takiego rzemieślnika.

Figa z makiem. Nie dał rady Wieczorek w Koronie, błędy z Kielc powielił w Górniku Zabrze i przyłożył rękę do spadku drużyny z ligi. Ciut lepiej było w Wodzisławiu - uratowana ekstraklasa w zeszłym sezonie - ale też na krótko, bo już w bieżącej edycji razem z Odrą roztrzaskał się o dno tabeli.

Teraz Wieczorek pojawił się w Piaście Gliwice i można powiedzieć, że trafił swój na swego: rękę tonącemu trenerowi podali ludzie z solidnie przeciekającej łodzi. Dziwny to związek, podszyty rozpaczliwym szukaniem szczęścia przez obie strony. I chyba z marnymi szansami na pozytywny los - Piast po marnym początku stał się głównym kandydatem do spadku.

* * *

Arka Gdynia na starcie ligowej wiosny ustrzeliła najdziwniejszy hat-trick w historii polskiej piłki: trzy razy z rzędu - zarówno w Gdyni, jak i Krakowie - grała mecze bez udziału publiczności!

Karanie klubów zamykaniem ich stadionów to nie jest polski pomysł, ale polska prymitywna specjalność. W minionych latach przybierała ona różne formy - zamykano całe obiekty, a nawet poszczególne trybuny, ograniczano również liczbę widzów mogących na nie wejść. To banał, ale wart nieustannego powtarzania: mecze bez publiczności nie mają sensu, a zamykanie stadionów jest zwykłą głupotą. Na stosowaniu tego reliktu odpowiedzialności zbiorowej tracą wszyscy (od klubu, przez kibiców, po piłkarzy), ale najmniej akurat winowajcy.

Korekta karomierza byłaby wskazana (czy za rozbój dokonany przez pseudoprzechodnia zamyka się całą ulicę?!), ale nie można na nią liczyć, bo wymagałaby od członków Komisji Ligi Ekstraklasy pewnego wysiłku intelektualnego i przełamania własnych przyzwyczajeń. Dla większości z nich to nadmierny trud.

* * *

Marek Bajor nie ma licencji niezbędnej do prowadzenia zespołu w ekstraklasie, ale Zagłębie Lubin może mu ją na jakiś czas kupić. Kosztowało to tylko 10 tysięcy złotych, ale oczywiście pieniądze to nie wszystko. Ogromnie ważny jest również kontekst: Bajor zastąpił przecież na ławce Franciszka Smudę, który przed końcem kontraktu z klubem został porwany przez PZPN do pracy z reprezentacją. Gdyby nie wystąpiła tak jaskrawa konieczność zadośćuczynienia szkodzie Zagłębia, jego działacze musieliby pewnie poprosić Jana Żurka albo Mirosława Jabłońskiego o podparcie całej konstrkucji wymaganymi papierami.

Pozostaje mieć nadzieję, że nie jest to wyjątek podyktowany okolicznościami, ale nowy sposób działania w podobnych sytuacjach. Choć trenerzy powinni się dokształcać, byłoby to całkiem logiczne - sam fakt posiadania licencji UEFA Pro nie świadczy o niczym, a na pewno nie o umiejętnościach jej posiadacza. Przy okazji zakończyłaby się też żałosna działalność objazdowych trenerzyn z papierem do wynajęcia.

środa, 03 marca 2010

Zima obficie uraczyła nas w tym roku śniegiem, więc ekstraklasowi trenerzy mieli wreszcie okazję do zastosowania w praktyce metod proponowanych przez nestora polskiej myśli szkoleniowej Jerzego Talagę. Mieli, ale nie skorzystali - nie słychać bowiem, by któryś z trenerów w ramach treningu zaordynował drużynowe lepienie bałwana. To lekceważenie dorobku rodzimej futbolowej nauki daje się jednak obronić daleko posuniętą troską o zdrowie piłkarzy. Istnieje przecież duże prawdopodobieństwo, że podczas śnieżnych zabaw kilku naszych ligowców odmroziłoby sobie palce; łatwo też wskazać takich, którzy instalując bałwankowi marchewkę tam gdzie trzeba, mogliby sobie naciągnąć dwójkę lub uszkodzić więzadła poboczne.

* * *

Nie wiem, co zrobiłby sobie Dawid Nowak, ale na pewno stałoby się jakieś nieszczęście. Pech go przecież nie opuszcza; ostatnio pojechali razem nawet na turniej do dalekiej Tajlandii. Nowak nie mógł zagrać tam w jednym z meczów, bo z palca u nogi zszedł mu paznokieć.

Piszę o Nowaku, bo to jedna z tych osób, dla których warto śledzić ekstraklasę. Przede wszystkim prawdziwa, przemawiająca swoimi umiejętnościami, a nie sztucznie kreowana, jak choćby wyszczekany - ale od dłuższego czasu bardzo przeciętny - Maciej Iwański. Kiedy Nowak jest zdrowy i w formie, przyjemnie patrzy się na jego grę - ciut z Tomasza Frankowskiego, ciut z Macieja Żurawskiego. Tylko skala jeszcze nie ta, bo rozwój talentu hamują wciąż wizyty u doktorów. Gdyby nie one, pewnie nie grałby już w Bełchatowie, a w kadrze byłby ważną figurą.

Na razie Nowak - puk, puk w niemalowane - jest zdrowy, jego gol dał Bełchatowowi zwycięstwo nad Wisłą i... na nowo otworzył ligę, w której i jego klub będzie miał coś do gadania.

* * *

Przewaga Wisły nad resztą stawki trochę stopniała - teraz to już tylko dwa punkty zapasu nad Legią oraz pięć nad Lechem i Ruchem. Niewiele, teoretycznie wszystko bardzo szybko może przewrócić się do góry nogami.

Kusząca to wizja, ale jesienna praktyka każe spojrzeć na taki scenariusz z ostrożnością. Wisła nie zbudowała swojej pozycji w tabeli na wielkich zwycięstwach - przegrała przecież trzy najbardziej prestiżowe mecze - ale na regularnym, często w mdłym stylu, krojeniu ligowych średniaków i biedaków. Ani Legia, ani Lech nie były tak pewne i konsekwentne, w efekcie czego pogubiły sporo punktów.

Pytania na wiosnę: czy Wisła nadal będzie tak regularna? Jak bardzo jej rywale poprawią skuteczność? Czy w Krakowie nie zdarzy się coś, co przekreśli szanse na obronę mistrzostwa?

* * *

3:0 Lecha z Polonią Warszawa to wynik, który świetnie wygląda na papierze; znacznie gorzej wyglądała gra, która Kolejorzowi dała to zwycięstwo. Problem w niej był z grubsza ten sam co jesienią: Lech z mozołem zawiązywał akcje ofensywne. Brakowało w nich płynności, często się rwały, zbyt dużo było w nich chaosu, by przejąć kontrolę nad grą. Oczywiście trudno wyciągać ostateczne wnioski po ledwie jednym ligowym meczu, ale musi to dziwić, a wielu też niepokoić, w przypadku drużyny o tak wielkim potencjale ofensywnym.

Ich próbkę było widać nawet na warszawskim błotnisku (bo przecież nie boisku...) - być może świetne bramkowe akcje i cudne asysty Semira Stilicia zwiastują więcej polotu w grze Lecha. Może lokomotywa musi tylko nabrać rozpędu.

* * *

Słówko o Polonii, o której tak dużo mówiło się zimą. Były ku temu pewne powody: dawna piłkarska gwiazda na ławce, gwiazda prezesem, wygrana z Zenitem St. Petersburg, remis z Valencią, kilku nowych piłkarzy... A w lidze falstart.

Wysoka przegrana z Lechem musiała skończyć się gniewem Józefa Wojciechowskiego, który w mediach zrecenzował Jose Mari Bakero tak samo ostro jak jego wszystkich poprzedników: zła była taktyka, skład też był zły, ogólnie jest źle i trener musi wreszcie wziąć się do roboty. Na razie skończyło się tylko na ponownym ściągnięciu na Konwiktorską Tony'ego Slota, który też trochę pomiesza we wspólnym garze. To już tylko krok do tego, by Wojciechowski uznał, że Bakero nie zna się na piłce i pogonił go do Hiszpanii.

Może wtedy w końcu uzna, że najlepiej będzie jeśli to on poprowadzi Polonię. Czekamy!

piątek, 13 listopada 2009

Marco Reich w barwach 1.FC Kaiserslautern

Pojawienie się w naszej ekstraklasie byłego reprezentanta Niemiec to ciekawe wydarzenie i nie zmienia tego fakt, że Marco Reich swój jedyny epizod w drużynie narodowej zaliczył ponad dziesięć lat temu.

Powołanie i występ w reprezentacji był ukoronowaniem najlepszego okresu w jego karierze. W 1998 roku świętował zdobycie mistrzostwa Niemiec w barwach 1.FC Kaiserslautern - jedynego klubu w historii Bundesligi, który wywalczył tytuł jako beniaminek. Drużyną z Betzenberg kierował wówczas Otto Rehhagel, a na boisku wiodące role odgrywali Andreas Brehme, Ciriaco Sforza i rozpoczynający wielką karierę Michael Ballack. Do tego ostatniego Reich był nawet porównywany - nie ze względu na boiskową pozycję, ale możliwości! Po latach można się tylko zastanawiać, czy były to opinie na wyrost, czy Reich po prostu zmarnował swój talent.

Szansę debiutu w reprezentacji Reich otrzymał od Ericha Ribbecka w lutym 1999 roku podczas amerykańskiego tournee niemieckiej kadry. Bolesną porażkę 0:3 z USA oglądał jeszcze z ławki rezerwowych, ale w zremisowanym 3:3 meczu z Kolumbią grał przez 79 minut, by zostać zmienionym przez Larsa Rickena. Nie była to drużyna złożona z przypadkowych turystów, ale pierwszy garnitur niemieckiego futbolu: bramki bronił Oliver Kahn, obronie szefował Lothar Matthäus, w pomocy grał Andreas Möller, a dwie bramki strzelił Michael Preetz – wówczas najlepszy snajper Bundesligi w barwach Herthy Berlin.

Mistrzostwo Niemiec, debiut w reprezentacji, występy w Lidze Mistrzów (ćwierćfinał edycji 1998-99 w barwach 1.FCK i gole przeciwko PSV Eindhoven oraz Benfice Lizbona) i… zaciągnięty hamulec. W Kaiserslautern Reich grał jeszcze regularnie, ale był już tylko rezerwowym. Niewiele zmieniło się po zmianie klubu latem 2001 roku. Co prawda pobyt w 1.FC Köln rozpoczął od występów w podstawowym składzie, ale już po siódmej kolejce trafił na ławę i rozgrywki dokończył w roli rezerwowego. Jak sam twierdzi, nie dał sobie rady z presją mediów. Kolejny sezon zaczął już w Werderze Brema, ale tam było jeszcze gorzej - piętnaście gier w Bundeslidze pierwszym sezonie spędzonym na Weserstadion, tylko dwie (a dokładniej 14 minut) w drugim. Starczyło, żeby zapisać w dossier drugie mistrzostwo kraju.

Reich mistrzowskiej fety jednak w Bremie nie doczekał, bo na początku 2004 roku postanowił wyemigować do Anglii. Przygodę z Derby County zaczął obiecująco. Znów zaczął grać i strzelać gole, najpierw pomagając utrzymać się swojej drużynie w Championship, a rok później nawet walczyć o promocję do Premiership w fazie play-off. Po nieudanej batalii o awans, latem 2005 roku Reich przeniósł się do spadkowicza z ekstraklasy - Crystal Palace. W trakcie półtorarocznego pobytu w Londynie nie nagrał się zbyt wiele, ugruntował opinię zdolnego, ale bardzo leniwego i… musiał zejść o kolejny stopień, do trzeciej ligi. W Kickers Offenbach spędził półtora sezonu. Grał bardzo mało, bo szybko popadł w konflikt z trenerem Wolfgangiem Frankiem, który odsunął go nawet od treningów z drużyną. Rozczarowaniem zakończył się też półroczny pobyt w Walsall. Po niezłym początku, ozdobionym kilkoma golami, został odstawiony od składu i pożegnany tuż po otwarciu okna transferowego w styczniu 2009.

Po prawie półrocznym, przymusowym urlopie Reich – za sprawą Thomasa Sobotzika, swojego kumpla z Kaiserslautern – trafił do Jagiellonii Białystok, z którą podpisał dwuletni kontrakt. Na razie Michał Probierz korzysta z usług doświadczonego Niemca dość oszczędnie. Reich znów trafił na ławce rezerwowych, jednak kiedy już z niej wstaje bywa bardzo przydatny – strzelił już dwa gole i zanotował asystę. Przebłyski w grze Reicha – jeszcze zbyt krótkie i rzadkie – też były. Patrząc na sam sposób poruszania się Niemca po boisku i technikę można było się zorientować, że uczył się kopać piłkę w trochę innym piłkarskim świecie niż ten polski.

Zdążył już o nim trochę opowiedzieć w niemieckich mediach. We wrześniowym wywiadzie udzielonym Der Spiegel mówił o poziomie naszej ekstraklasy: – Jest lepsza niż trzecia liga niemiecka. Wisła Kraków i Lech Poznań to naprawdę dobre drużyny, mogłyby się plasować w dolnych rejonach Budesligi. Ciekawe, czy po kolejnych tygodniach zmienił zdanie? W końcu jego Jagiellonia przegrała z rewelacyjnym Ruchem Chorzów aż 2:5, a Lech gra poniżej oczekiwań kibiców i fachowców.

To chyba trochę symboliczne, że Marco Reich pod koniec swojej kariery trafił do Polski, bowiem pod pewnymi względami przypomina polskich piłkarzy. Utalentowany, ale bardzo leniwy i podatny na kontuzje. Nie potrafiący udźwignąć presji. Dokonujący złych wyborów i kłócący się z trenerami. Do ilu naszych zawodników pasowałaby podobna charakterystyka?

* * *

Uli BorowkaMarco Reich nie jest pierwszym reprezentantem i mistrzem Niemiec, który zagrał w polskiej ekstraklasie. Wiosną 1997 roku w ośmiu meczach kroczącego po mistrzostwo Widzewa Łódź wystąpił obrońca Ulrich Borowka, który w trakcie pobytu w Polsce zasłynął głównie skłonnością do alkoholu. Na boisku było bardzo źle – uznano go za największy transferowy niewypał sezonu 1996-97. Wcześniej Bundeslidze rozegrał aż 388 meczów i zdobył 19 goli dla Borussii Mönchengladbach i Werderu Brema, z którym dwa razy sięgnął po mistrzowską paterę, a w 1992 roku wywalczył Puchar Zdobywców Pucharów. Reprezetacyjny licznik Borowki zatrzymał się na sześciu występach. Razem z drużyną RFN dotarł do półfinału mistrzostw Europy w 1988 roku. Obecnie pracuje w DFB jako scout.

Epizod – w sumie siedem gier – w polskiej lidze zaliczył też bramkarz Carsten Nulle, który wiosną 2006 roku nie zrobił furory w Górniku Zabrze. Nie robi jej też w Niemczech, gdzie od lat krąży między drugą a trzecią ligą.

 
1 , 2
Tagi