Na stadionach Polski i Świata.

Wpisy z tagiem: zapiski ligowe

poniedziałek, 08 sierpnia 2011
Kiedy latem 1997 roku Dyskobolia Grodzisk Wielkopolski szykowała się do debiutu w ekstraklasie patrzono na nią trochę z przymrużeniem oka. Nawet nie dlatego, że był to kolejny pierwszoligowiec z małego miasteczka i że o jego przygodach w drodze do elity opowiadano różne anegdoty. Powód nie całkiem poważnego traktowania klubu Zbigniewa Drzymały był inny – skład. W mediach furorę robiła informacja, że Dyskobolia jest najstarszym pierwszoligowym zespołem w Europie. W drużynie roiło się od weteranów po dużych przejściach. Bramki bronił 38-letni wówczas Tadeusz Fajfer, nieco tylko młodszy od niego był pomocnik Ryszard Rybak, a ważnymi postaciami byli inni zawodnicy po trzydziestce: Grzegorz Więzik, Jarosław Araszkiewicz, Sławomir Suchomski, Jerzy Kaziów czy Piotr Soczyński. Ekipę – może z wyjątkiem Przemysława Bereszyńskiego – uzupełniali głównie piłkarze, który w pierwszej lidze mignęli lub mieli dopiero mignąć.

Wspominam tych ligowych dinozaurów, bo dostrzegam w ekstraklasie drużynę, która trochę przypomina tamtą Dyskobolię i – zapewne bezwiednie – jest budowana według podobnego klucza. Weźmy bowiem pod lupę skład Łódzkiego KS: szybko wyodrębnimy w nim grupy wyeksploatowanych weteranów i zawodników, którzy nigdzie na szczeblu ekstraklasy tak naprawdę się nie sprawdzili. I jeśli trzeba by wskazać, kogo w tej konfiguracji brakuje, to odpowiedź byłaby brutalna – piłkarzy...

Po pierwszych meczach trudno wskazać wśród łodzian kogokolwiek, kto nadawałby się do ekstraklasy. Nawet trudno usprawiedliwiać ich tragiczną grę siłą rywali, bo nie sposób pozbyć się wrażenia, że piłkarze Lecha i Śląska znokautowali ich wcale nie dokręcając śruby zbyt mocno i przy odrobinie zacięcia mogli strzelić jeszcze kilka goli. Zwłaszcza, że obrona ŁKS-u właściwie nie istnieje – Marcin Adamski rusza się jak filar mostowy, a jego partnerzy z defensywy są fajtłapowaci i sadzą babola za babolem. Na podobne problemy cierpią Cracovia i Podbeskidzie; wydaje się jednak, że na przestrzeni dwóch kolejek w grze tamtych drużyn momentami można było dostrzec delikatne promienie słońca zza chmur. A nad ŁKS-em tylko ciemne chmurzyska, deszcz, grad, wicher i co tam jeszcze. Niezbędne więc wydają się szybkie wzmocnienia w każdej formacji. Nawiasem mówiąc: niektóre posunięcia transferowe szefów ŁKS-u zdumiewają; trudno zrozumieć powody, dla których zimą zakontraktowali i trzymają w drużynie takiego Macieja Bykowskiego.

Ok, brakuje jeszcze kogoś – trenera. Co prawda ktoś tam zapewne prowadzi treningi, jest wpisywany do protokołu meczowego, siedzi na ławce rezerwowych, robi zmiany, a po meczu idzie na konferencję prasową, ale... na boisku nie widać, żeby ktoś odpowiadał za tę drużynę. Niby każdy ma swoje miejsce na placu (choć dużo tu eksperymentów), ale wygląda to raczej na rozlazły zlepek jednostek niż dobrze funkcjonujący organizm. Na tle rywali pasuje do ŁKS-u wygląda jak drużyna podwórkowa. Przejawia się to nawet przez brak werwy, walecznośći, wiary – wydawało się, jakby łodzianie kopali piłkę rekreacyjnie po pracy, a nie zawodowo o ligowe punkty.

Debiutancki sezon Dyskobolii w ekstraklasie zakończył się jej spadkiem. To całkiem realny scenariusz dla ŁKS-u. Grzebanie go w tej chwili byłoby oczywiście zbyt pochopne i zwyczajnie głupie, ale w Łodzi powinna już się świecić lampka alarmowa. Słaba kadra i nędzna forma zawodników to nie wszystkie problemy; łodzianom nie sprzyja także fatalny kalendarz – w najbliższych seriach zagrają kolejno z Polonią, Lechią i Legią. Jeśli gra ŁKS-u nie ulegnie radykalnej poprawie to jest całkiem prawdopodobne, że po pięciu meczach nie będzie miał na koncie choćby punktu. Tak rozbitej drużynie może być trudno wydostać się ze spirali porażek. Zwłaszcza, że mecze w roli gospodarza ŁKS będzie rozgrywał de facto na wyjeździe...
Tagi