0:6 z Hiszpanią, 0:3 z Kamerunem. Suche cyfry pozwalają z przekąsem mówić, że reprezentacja Polski dokonała postępu. W rzeczywistości możemy jednak popełnić matematyczną zbrodnię i między szóstkę z Murcii a trójkę ze Szczecina wcisnąć znak równości. Po laniu z Hiszpanią Franciszek Smuda mógł chociaż mówić, że rywale przygotowują się do zdobycia mistrzostwa świata, a polscy piłkarze do leżenia na plaży. Teraz nie ma już takiego wytłumaczenia - piłkarskie wakacje się skończyły, a mimo to biało-czerwoni znów wyglądali jak drużyna plażowiczów.
Możemy wprawdzie pocieszać się, że tym razem reprezentacji udało się przeprowadzić kilka niezłych akcji, ale strzał w poprzeczkę Rafała Murawskiego i parę szarpnięć Jakuba Błaszczykowskiego nie mogą przecież zatrzeć fatalnego wrażenia. Kameruńczycy - w końcu jedna z najsłabszych drużyn mundialu, grająca w Szczecinie w odświeżonym składzie i pod wodzą tymczasowego trenera (a może raczej duetu Jacques Songo'o - Samuel Eto'o) - rozgrywali piłkę swobodniej, lepiej i łatwo radzili sobie z będącymi w nędznej formie obrońcami. I to mimo tego, że Smuda na szczęście zastosował ustawienie bardziej zbalansowane niż to piłowane przeciwko Finlandii, Serbii i Hiszpanii.
Właśnie gra linii obrony jest obecnie największym problemem reprezentacji, poważniejszym nawet od jej strzeleckiej niemocy. Zegar odliczający kolejne minuty bez zdobytego gola wygląda efektownie, a upływający czas potęguje przygnębienie, ale mimo wszystko możliwości kadrowe w ofensywie na tle reszty wyglądają jeszcze nie najgorzej. Wybór wśród obrońców, może za wyjątkiem prawej strony, jest wyjątkowo ograniczony - to oczywiste, że mamy w tej formacji wielu zawodników, brakuje za to prawdziwych piłkarzy. Pozostaje mieć tylko nadzieję, że nauki pobierane przez Kamila Glika czy Macieja Sadloka nie pójdą na marne. Jeśli nie... Strach się bać; niewykluczone, że - jeśli będą się dobrze trzymać - będzie trzeba wołać na ratunek Arkadiusza Głowackiego z Bartoszem Bosackim.
Tak jak trudno mieć pretensje do Smudy o selekcję wśród obrońców, tak należy wymagać, by znając ich ograniczenia, mocno popracował nad organizacją gry w defensywie. I to natychmiast! Momentami kadra jest bezbronna, a my słyszymy tylko o tym, że ma grać do przodu i ofensywnie (na pewno tak potrafimy?). Można wręcz odnieść wrażenie, że skandalicznie pomijane są podstawy - podobnie było przez długi okres pracy Smudy w Lechu, która w końcu wypromowała go do kadry. Niech reprezentacja na początek nauczy się solidnie i odpowiedzialnie bronić, dopiero później rzucać siły do ataku. Krok po kroku - akurat w tym przypadku reklamowa dewiza Leo Beenhakkera pasuje jak ulał.
Zupełnie nie pasuje za to Sławomir Peszko ustawiony w środkowej strefie boiska i Paweł Brożek schodzący do lewego skrzydła. To tylko dwa epizody z meczu z Kamerunem, ale dość charakterystyczne dla Smudy, który zawsze lubił szukać piłkarzom nowych pozycji. W reprezentacji popada jednak ze swoimi kombinacjami przesadę, eksperymentuje z różnymi zawodnikami niemal w każdym meczu, niepotrzebnie robiąc pod górkę zagubionym piłkarzom, całej drużynie, a w konsekwencji także sobie - czas przecież ucieka.
Do rozpoczęcia mistrzostw Europy zostały niespełna dwa lata. Reprezentacja ma tego czasu oczywiście znacznie mniej - wyjdzie z dwadzieścia meczów towarzyskich i przy pomyślnych wiatrach tyle treningów, co w klubie przez pół roku. Niewiele. Piszę o tym dlatego, że obecna reprezentacja intuicyjnie przypomina mi nieco Lecha z początków pracy Smudy. Klocki udało się na chwilę poukładać po dwóch latach pracy i to dopiero po paru wartościowych transferach. Teraz są one oczywiście niemożliwe, Smuda ma już chyba wszystkich, na których będzie mógł liczyć za dwa lata. Zdąży? Zegar tyka.
Odpowiedź na pytanie kto ma zdążyć jest niby oczywista - Franciszek Smuda. Każdy słaby mecz i każda porażka - a tych, niestety, kilka się jeszcze w tym roku zapowiada - będzie powodowała niepokój i nerwowość. A wtedy na nic mogą zdać się tłumaczenia, że na razie trwa tylko selekcja, że to poligon doświadczalny i na pewno wszystko będzie dobrze, ale jeszcze nie teraz. Łatwo wyobrazić sobie zebranie pezetpeenowskiej geruzji, na którym Antoni Piechniczek wali ręką w stół i krzyczy "dość!", Grzegorz Lato podpisuje wszystkie papiery, a Jerzy Engel uśmiecha się pod wąsem, bo wie, że to chyba czas na niego.
Zresztą patrząc na Smudę można odnieść wrażenie, że w selekcjonerskim garniturze zwyczajnie się dusi i zdecydowanie brakuje mu klubowego dresu. Ciągnie wilka do lasu i chyba właśnie w takich kategoriach należy oceniać jego niefortunną deklarację, że chętnie pomoże w trudnych chwilach Markowi Bajorowi i Zagłębiu Lubin. Smudzie chyba brakuje codziennych kontaktów z piłkarzami, tygodni zakończonych meczami w lidze. Jeżdżenie po stadionach, oglądanie, ocenianie, porównywanie - to raczej nie jest jego żywioł.
Meczem z Kamerunem zamknęła się pierwsza dziesiątka meczów reprezentacji pod wodzą Smudy. Na razie jest dość ponuro. To prawda, że wyniki mają przyjść dopiero podczas Euro, ale na razie ma żadnych przesłanek, na których można opierać wiarę, że tak w istocie się stanie. Dość zabawne są pojawiające się gdzieniegdzie wypowiedzi, że w meczach o punkty reprezentacja z pewnością grałaby znacznie lepiej. Skąd ta nadzieja? Na razie ogólny obraz kadry jest bardzo podobny jak w końcówce kadencji Beenhakkera. A zegar odliczający czas do mistrzostw Europy tyka coraz głośniej...