
Historia zaczyna się od bolesnego upadku: osiem lat temu Simon Amman okrutnie potrzaskał się podczas treningu na skoczni w Willingen i w jednej chwili wszystkie olimpijskie plany zawisły na włosku. Do igrzysk w Salt Lake City pozostawał przecież zaledwie miesiąc, a Szwajcar został uziemiony - zamiast skakać i pielęgnować formę, lizał rany po wypadku.
Walkę o złoty medal w Salt Lake City mieli stoczyć Adam Małysz i Sven Hannawald, który chwilę wcześniej wygrał wszystkie konkursy Turnieju Czterech Skoczni; wysoko stawiano też szanse Janne Ahonnena, Mattiego Hautamäki i całej plejady Austriaków. Wszystkich pogodził Ammann, wyskakując jak z armaty po dwa złote medale - to była prawdziwa sensacja. Szwajcar niewiele znaczył w tym towarzystwie, nikt nie brał go na poważnie. Podziw dla Szwajcara mieszał się ze zdumieniem i niedowierzeniem - traktowano go raczej jako kolejny olimpijski wybryk natury, człowieka jednych igrzysk. Niektórzy z przymrużeniem oka mówili nawet o zbawiennym wpływie wypadku w Willingen na jego formę...
Mówiono wtedy, że Ammann na podium wyglądał jak Harry Potter - sympatyczna, dziecięca buzia, zabawne okularki i długi, szary płaszcz. Różnica polegała tylko na tym, że nie latał na miotle, ale na nartach. Ale że najdalej ze wszystkich?! To musiały być jakieś czary, Potter jak nic.
* * *
Osiem lat to szmat czasu. Ammannowi różnie się wiodło w tym okresie. Na początku skakał tak, że komentatorzy mogli otwarcie mówić o mistrzu z przypadku; z czasem był jednak coraz lepszy i zadomowił się w czołówce, przynależność doń potwierdzając mistrzostwem świata w 2007 roku w Sapporo. Obecny sezon był już popisem Ammanna, który od pierwszych zawodów dzielnie walczył z szeroką koalicją Austriaków i potrafił uciec przed nią na czoło Pucharu Świata. Bomba miała wybuchnąć na igrzyskach.
To było show Ammanna. Znów wszyscy patrzyli na niego z podziwem i zdumieniem. Teraz jednak rozpływano się już tylko nad formą Szwajcara, który w Whistler odlatywał wszystkim rywalom z rzadko spotykaną lekkością. Na tle rywali wyglądał jak zawodnik z innej kategorii, przerastający resztę stawki o klasę. Czary?
Być może, ale nie wszyscy chcą poprzestać na magii i klasie zawodnika - sfrustrowani Austriacy wietrzą spisek, twierdząc że Amman skacze daleko dzięki nieprzepisowym wiązaniom, tak jakby to one same latały. Małe to, niesmaczne i niepoważne, zwłaszcza z ust ludzi, którzy zawsze balansowali na granicy przepisów, wyszukując kolejne nowinki technologiczne. Tak jak choćby kombinezony z opuszczonym krokiem, mającym zwiększyć powierzchnię lotną zawodnika, które Austriacy zaproponowali kilka sezonów temu.
Ammann dokonał czegoś niebywałego - nie było zawodnika, który zdobył cztery indywidualne medale na igrzyskach olimpijskich. Żal tylko, że dokonał tego kosztem Adama Małysza. Gdyby nie Szwajcar, wszyscy dziwiliby się jakim cudem to Małysz tak łatwo i daleko odlatuje innym skoczkom...