Na stadionach Polski i Świata.

Wpisy z tagiem: Lech Poznań

czwartek, 28 października 2010

To oczywiste - ten tekst nie będzie obiektywny. Może za to być chaotyczny, tak jak gra Lecha, a i banału w nim nie zabraknie. I jeszcze jedno: kto wie, czy w momencie postawienia ostatniej kropki jego część będzie jeszcze aktualna. Sytuacja jest napięta, do zmian może dojść w każdej chwili.

1.

Tego karnawału nie zapomni nikt, kto wtedy był na Starym Rynku. Lech zdobył mistrzostwo Polski, a Poznań oszalał z radości. Tłum śpiewał, tłum krzyczał, tłum skakał. Tłum był po prostu szczęśliwy i bawił się do białego rana. Wydawało się, że ta fala entuzjazmu poniesie Kolejorza aż do fazy grupowej Ligi Mistrzów, tymczasem stało się coś zupełnie niespodziewanego - Lech zarył nosem w ligowe dno i nie potrafi się z niego wygrzebać. Wszystko rozleciało się szybko - od tamtej majowej nocy nie minęło nawet pół roku, a z mistrzowskiej atmosfery, poza pięknymi wspomnieniami, nie pozostało już właściwie nic.

Nie zmieniło się tylko jedno - Lech swoją grą i wynikami znów daje powód, by skoczyć do sklepu po flaszkę. W maju można było wznieść toast za mistrzostwo, teraz pozostaje już tylko odkazić organizm po serii paskudnych meczów.

2.

Teksty o Lechu nastrojem przypominają nekrologi, a patrząc na grę człowiekowi udziela się atmosfera cokolwiek pogrzebowa. Fakty są bezlitosne: Kolejorz przegrał w tym sezonie już pięć meczów, z czego cztery z rzędu, w trzech ostatnich nie potrafił strzelić gola, w tabeli zsunął się na czternaste miejsce i wygląda na drużynę w fazie zaawansowanego rozkładu.

To psucie się zespołu i jego gry było widoczne w każdym z przegranych przez Lecha meczów. Najwyraźniej w pierwszym z czarnej serii - przeciwko Legii, gdy Kolejorz przerżnął tylko i wyłącznie na własne życzenie. Do przerwy Lech grał na tyle dobrze, że powinien strzelić kilka goli, ustawić sobie przeciwnika w dogodnej pozycji i spokojnie kontrolować przebieg gry. Miał ku temu mnóstwo sytuacji, ale pod bramką Peszko i spółka byli wyjątkowo nieskuteczni i niechlujni.

Trudno wyobrazić sobie, co działo się przez 15 minut przerwy - Lech stanął, rozkleił się, stał się bezradny. Następowała kompletna dezorganizacja gry, brakowało pomysłu, mnożyły się absurdalne błędy i gole, po rzutach rożnych i wolnych pod bramką był popłoch, a piłkarze zachowywali się jakby kopali piłkę lekarską. I jeżeli napisze się, że piłkarze potykali się o własne nogi, to nie będzie to nędzny zabieg literacki, ale po prostu prawda. Więcej: oni na boisku momentami głupieli i wpadali w przedziwną panikę. Trudno się na to patrzyło.

Wiele słów zastąpiłby seans z golami, które Lech tracił w tym sezonie. Większość z nich wygląda po prostu źle, głupio. Kłuje po oczach chaos przed bramką, nieporadność obrońców, ciamajdowate interwencje bramkarzy...

Piszę o tym w detalach, bo sytuacja się powtarzała. Tak było i w Bełchatowie, i przeciwko Zagłębiu Lubin, a nawet - choć najmniej podobnie - w Zabrzu. Znów Lech mógł i w zasadzie powinien wygrać mecz przed przerwą, tak jak zrobił to z Cracovią we wczorajszym meczu Pucharu Polski, ale przegrywał go w drugiej połowie. To też pokazuje, jak cienka jest granica między sukcesem a dziadostwem: gdyby Stilić dobił Legię i strzelił gola Zagłębiu pewnie nie byłoby całej tej hecy.

Nie dobił, nie strzelił i jest problem, na który recepty na razie nie potrafi znaleźć Jacek Zieliński. Próbuje nowych rozwiązań, zmieniać piłkarzy i ustawienie - wiele z tych ruchów nie wnosiło do gry absolutnie, powodując jedynie jeszcze większy chaos. Symbolem tej szkoleniowej desperacji może być wpuszczenie na boisku w Zabrzu Jana Zapotoki. Apatyczny Słowak w Poznaniu przebywa już półtora roku i zdążył przez ten czas udowodnić, że w klubie jest potrzebny jak - pardon - koszula w dupie.

3.

Ostatni raz równie paskudną serię w lidze Lech zanotował na przełomie lata i jesieni 2004 roku. Kolejorz, wtedy jeszcze biedny jak kościelna mysz, przegrał aż pięć meczów z rzędu i na długo osiadł na dole tabeli.

- Panie Czesiu, pan się nie boi, cały stadion murem za panem stoi - śpiewał wtedy stadion, popierając w trudnych chwilach Michniewicza. Trenera nie zwolniono, Lech wyszedł z kryzysu i grał na miarę możliwości, lądując w środku tabeli.

O Zielińskim nikt tak nie zaśpiewa, tłum teraz krzyczy: - Zieliński musi odejść! Krzyknąłbym razem z nim, bo wydaje się, że sytuacja dojrzała do zmian. Drużyna gra po prostu źle, nie ma wyników, zbyt wielu czołowych piłkarzy jest bez formy, z boiska zbyt często wieje bezradnością i zniechęceniem, a za wszystkim wlecze się jeszcze przygotowanie do sezonu.

Krzyknąłbym, ale nie wiem, czy już teraz, czy dopiero w przerwie zimowej. Człowiek mądrzeje i zanim wyciągnie z kieszeni chusteczkę, żeby komuś pomachać na pożegnanie, rozgląda się wokół, analizuje, zastanawia się... I dostrzega kilka zagrożeń. Można oczywiście zagrożenia nazwać wyzwaniami; warto jednak skalkulować ryzyko i pomyśleć, czy zmiana rzeczywiście skończy okres dziadostwa.

Oczywiście nie jest głupie założenie, że gorzej z Lechem niż obecnie już nie będzie, więc zmiana trenera nie wiąże się z żadnym niebezpieczeństwem, a jedynie z nadzieją. Jednak nawet działając w takich warunkach można się bardzo sparzyć i narobić jeszcze więcej bajzlu. Zwłaszcza jeśli decyzje podejmuje się w pośpiechu, a do całej operacji - ćwierka tak różne ptactwo - jest się przygotowanym jak stereotypowi drogowcy na atak zimy. Zresztą spójrzmy na te dobrze znane nazwiska: z punktu widzenia kibica Lecha kilka z nich powoduje śmiech, inne palpitacje serca, a przy niektórych trzeba strzelić sobie solidnego kielicha waleriany, żeby wytrzymać nerwowo taką wizję. Żaden z trenerów kręcących się koło naszej ligi - a tylko tacy wchodzą w grę - nie oferuje wiele więcej, jeżeli w ogóle cokolwiek, niż Zieliński. I dotyczy to zarówno polski trenerów, jak i obcokrajowców, z wymienianym przez media Jose Mari Bakero włącznie. Lepiej trochę poczekać, niż brać człowieka z łapanki.

Zastanawiam się też, jaki skutek może dać zmiana trenera już teraz. I tak bazowałby na przygotowaniu drużyny przez Zielińskiego, a sam miałby bardzo ograniczone możliwości wprowadzenia zmian. Prawie do końca rundy Lech będzie grał co trzy dni, więcej czasu spędzając w autokarze i samolotach niż na boisku treningowym. Ile w takiej sytuacji może dać tylko nowy impuls, świeże spojrzenie, motywacja, atmosfera?

4.

Mówią, że Zieliński to "wuefista", że brakuje mu charyzmy, nie ma wizji, nie ten kaliber i Bóg tylko raczy wiedzieć co jeszcze. A przecież wystarczy przypomnieć, że Zieliński w półtora roku osiągnął z Lechem więcej niż przez trzy sezony jego poprzednik, który - jak sam z dumą podkreśla - nie był miękkim ch... robiony.

Z Zielińskim mam problem - znajduję sporo powodów, by go krytykować, ale też wiele, by go bronić. Nie jest to postać jednoznaczna: zdobył mistrzostwo, ale przegrał Ligę Mistrzów. Awansował do Ligi Europy, ale klepie biedę w lidze. Tych "ale" jest mnóstwo, działają w każdą stronę. Teraz więcej jest tych na "nie".

5.

Lech zagra w tej rundzie 30 meczów na różnych frontach, czyli o jeden mniej, niż niektórzy ligowi rywale w całym sezonie. Nic dziwnego, że wniosków i wątpliwości już pod koniec października jest tyle, co po całych rozgrywkach. Pisać można bez końca - o braku stabilnego bramkarza; o tym, że Manuel Arboleda na boisku zbyt często zamienia się w bombę zegarową; o Marcinie Kikucie, który chyba jest najrówniej i najlepiej grającym piłkarzem Kolejorza. O Joelu Tshibambie napisać trudniej, bo na samą myśl człowiek mimowolnie łapie się za głowę.

Można też pisać o tych meczach w europejskich pucharach. Świadomie je pomijam, bo w zestawieniu z ligowymi problemami Lecha to inna, lepsza i ładniejsza bajka. Chociaż kiedy oglądałem mecz z Manchesterem City miałem zupełnie inne skojarzenia - z uczniem, którego ktoś wywlókł za uszy z podstawówki czy innego gimnazjum i zainstalował na studiach. Przepaść spora, doświadczenia bezcenne. Teraz trzeba zrobić wszystko, by w przyszłym sezonie można je było wykorzystać na europejskich boiskach.

6.

Lech rozbił Cracovię w Pucharze Polski, czyli zrobił dokładnie to, co powinien. Nie można tego wyniku w żaden sposób przeceniać - jedna jaskółka nie czyni wiosny. Zwłaszcza, że obrońcy Pasów urządzali sobie kabaret, a drużyna - zgodnie ze słowami jej byłego trenera - zagrała poniżej godności. W takich okolicznościach nawet retoryczne pytanie, czy Lech wychodzi z kryzysu, wydaje się niestosowne.

To zwycięstwo Lech musi potwierdzić w lidze. Wcale nie dlatego, że czołówka jest daleko, ale dlatego, że od dna należy się odbić. Kikut, który wyrósł ostatnio na nieformalnego rzecznika drużyny, trzeźwo zauważył, że Kolejorz walczy teraz o utrzymanie. Potencjał ma taki, że byt powinien sobie zapewnić jeszcze w tym roku, ale takie postawienie priorytetów jest bardzo ważne i świadczy o kondycji zespołu. Chociaż nie można jeszcze wykluczyć tego, że Lech skończy sezon na podium, nie ma co się tym na razie zajmować. Trzeba po prostu zacząć grać na miarę możliwości i kosić punkty. Tylko tyle i aż tyle.

środa, 03 marca 2010

Zima obficie uraczyła nas w tym roku śniegiem, więc ekstraklasowi trenerzy mieli wreszcie okazję do zastosowania w praktyce metod proponowanych przez nestora polskiej myśli szkoleniowej Jerzego Talagę. Mieli, ale nie skorzystali - nie słychać bowiem, by któryś z trenerów w ramach treningu zaordynował drużynowe lepienie bałwana. To lekceważenie dorobku rodzimej futbolowej nauki daje się jednak obronić daleko posuniętą troską o zdrowie piłkarzy. Istnieje przecież duże prawdopodobieństwo, że podczas śnieżnych zabaw kilku naszych ligowców odmroziłoby sobie palce; łatwo też wskazać takich, którzy instalując bałwankowi marchewkę tam gdzie trzeba, mogliby sobie naciągnąć dwójkę lub uszkodzić więzadła poboczne.

* * *

Nie wiem, co zrobiłby sobie Dawid Nowak, ale na pewno stałoby się jakieś nieszczęście. Pech go przecież nie opuszcza; ostatnio pojechali razem nawet na turniej do dalekiej Tajlandii. Nowak nie mógł zagrać tam w jednym z meczów, bo z palca u nogi zszedł mu paznokieć.

Piszę o Nowaku, bo to jedna z tych osób, dla których warto śledzić ekstraklasę. Przede wszystkim prawdziwa, przemawiająca swoimi umiejętnościami, a nie sztucznie kreowana, jak choćby wyszczekany - ale od dłuższego czasu bardzo przeciętny - Maciej Iwański. Kiedy Nowak jest zdrowy i w formie, przyjemnie patrzy się na jego grę - ciut z Tomasza Frankowskiego, ciut z Macieja Żurawskiego. Tylko skala jeszcze nie ta, bo rozwój talentu hamują wciąż wizyty u doktorów. Gdyby nie one, pewnie nie grałby już w Bełchatowie, a w kadrze byłby ważną figurą.

Na razie Nowak - puk, puk w niemalowane - jest zdrowy, jego gol dał Bełchatowowi zwycięstwo nad Wisłą i... na nowo otworzył ligę, w której i jego klub będzie miał coś do gadania.

* * *

Przewaga Wisły nad resztą stawki trochę stopniała - teraz to już tylko dwa punkty zapasu nad Legią oraz pięć nad Lechem i Ruchem. Niewiele, teoretycznie wszystko bardzo szybko może przewrócić się do góry nogami.

Kusząca to wizja, ale jesienna praktyka każe spojrzeć na taki scenariusz z ostrożnością. Wisła nie zbudowała swojej pozycji w tabeli na wielkich zwycięstwach - przegrała przecież trzy najbardziej prestiżowe mecze - ale na regularnym, często w mdłym stylu, krojeniu ligowych średniaków i biedaków. Ani Legia, ani Lech nie były tak pewne i konsekwentne, w efekcie czego pogubiły sporo punktów.

Pytania na wiosnę: czy Wisła nadal będzie tak regularna? Jak bardzo jej rywale poprawią skuteczność? Czy w Krakowie nie zdarzy się coś, co przekreśli szanse na obronę mistrzostwa?

* * *

3:0 Lecha z Polonią Warszawa to wynik, który świetnie wygląda na papierze; znacznie gorzej wyglądała gra, która Kolejorzowi dała to zwycięstwo. Problem w niej był z grubsza ten sam co jesienią: Lech z mozołem zawiązywał akcje ofensywne. Brakowało w nich płynności, często się rwały, zbyt dużo było w nich chaosu, by przejąć kontrolę nad grą. Oczywiście trudno wyciągać ostateczne wnioski po ledwie jednym ligowym meczu, ale musi to dziwić, a wielu też niepokoić, w przypadku drużyny o tak wielkim potencjale ofensywnym.

Ich próbkę było widać nawet na warszawskim błotnisku (bo przecież nie boisku...) - być może świetne bramkowe akcje i cudne asysty Semira Stilicia zwiastują więcej polotu w grze Lecha. Może lokomotywa musi tylko nabrać rozpędu.

* * *

Słówko o Polonii, o której tak dużo mówiło się zimą. Były ku temu pewne powody: dawna piłkarska gwiazda na ławce, gwiazda prezesem, wygrana z Zenitem St. Petersburg, remis z Valencią, kilku nowych piłkarzy... A w lidze falstart.

Wysoka przegrana z Lechem musiała skończyć się gniewem Józefa Wojciechowskiego, który w mediach zrecenzował Jose Mari Bakero tak samo ostro jak jego wszystkich poprzedników: zła była taktyka, skład też był zły, ogólnie jest źle i trener musi wreszcie wziąć się do roboty. Na razie skończyło się tylko na ponownym ściągnięciu na Konwiktorską Tony'ego Slota, który też trochę pomiesza we wspólnym garze. To już tylko krok do tego, by Wojciechowski uznał, że Bakero nie zna się na piłce i pogonił go do Hiszpanii.

Może wtedy w końcu uzna, że najlepiej będzie jeśli to on poprowadzi Polonię. Czekamy!

czwartek, 04 grudnia 2008

Hiszpańskie kluby w Poznaniu grały tylko dwa razy, ale w obu przypadkach na stadionie przy Bułgarskiej działy się rzeczy niezwykłe. Jeden uznano za najlepszy w historii Lecha, drugi obrósł legendą i jest chyba najczęściej wspominanym epizodem z dziejów klubu. Jaki będzie ten trzeci?

W 1983 roku Lech Poznań zdobył swoje pierwsze mistrzostwo Polski i mógł szykować się do debiutu w Pucharze Mistrzów. Los nie był łaskawy dla Kolejorza – już w pierwszej rundzie skojarzył go z najlepszym wówczas w Hiszpanii Athletikiem Bilbao.

Pierwszy mecz rozegrano w Poznaniu. To był prawdziwy koncert Kolejorza! Lech, po golach Mariusza Niewiadomskiego i Mirosława Okońskiego, wygrał z Baskami… tylko 2:0. Tylko, bo mógł i powinien zwyciężyć znacznie bardziej okazale. Poznaniacy z pasją nacierali na bramkę młodego Andoniego Zubizaretty, stwarzali sobie mnóstwo sytuacji do zdobycia kolejnych goli, ale nie potrafili już wepchnąć piłki do siatki. Mimo porywającej gry – najlepszy mecz w historii klubu w plebiscycie Gazety Wyborczej! – pozostał spory niedosyt. I tylko Javier Clemente, który trenował wówczas Basków, mógł nieco odetchnąć.

Rewanż to zupełnie inna, smutna bajka. Strzelanie na San Mames zaczął słynny rzeźnik z Bilbao, czyli Andoni Goikoetxea, który kilka dni przed meczem z Lechem złamał nogę Diego Maradonie i został zawieszony na 18 (!) ligowych gier. Później do siatki Kolejorza trafiali jeszcze Miguel Angel Sola, Jose Maria Noriega i Santiago Urkiaga. 

Lech wrócił do Poznania z bagażem czterech goli, ale dużo bardziej bolesny był dramat znakomitego obrońcy Józefa Szewczyka, który narzekał na bóle oka i oślepiające światło lamp na San Mames. Wkrótce okazało się, że cierpi z powodu raka gałki ocznej. Mecz w Bilbao był ostatnią grą Józefa Szewczyka w barwach Kolejorza. Zmarł 19 maja 1989 roku.

Pięć lata po dwumeczu z Athletikiem, Lech trafił w Pucharze Zdobywców Pucharów na wielką Barcelonę. Dziś może się to wydawać nieprawdopodobne, ale równolegle z tą rywalizacją toczył się inny polsko-hiszpański pojedynek – Górnik Zabrze grał w Pucharze Mistrzów z Realem Madryt!

Wątek Górnika (porażki 0:1 i 2:3) pozostawmy na boku i skupmy się na losach Lecha. A te były bardzo dramatyczne. Rozpoczęło się od bardzo obiecującego występu na Camp Nou, ale wszystkie wydarzenia ze stolicy Katalonii - remisowy mecz, gole Roberto i Bogusława Pachelskiego - bledną przy tym, co działo się w poznańskim rewanżu.

Od początku meczu czuć było sporą nerwowość. W szeregach gości szczególnie gorąco zrobiło się w 30. minucie meczu. W polu karnym Luis Milla sfaulował Jerzego Kruszczyńskiego. Rzut karny! Piłkę na jedenastym metrze ustawił sam poszkodowany...

Euforia! Andoni Zubizaretta znów, tak jak pięć lat wcześniej w barwach Bilbao, puścił gola w Poznaniu. Szkoda, że tylko jednego… Szczęście Lecha trwało tylko kwadrans. Tuż przed przerwą wyrównał Roberto i na stadionowym zegarze świeciły się już dwie jedynki.

Taki wynik oznaczał dogrywkę i było to czuć na boisku. Napięcie narastało z każdą upływającą minutą. Rozstrzygnięcia nie przyniósł regulaminowy czas gry, zwycięzcy nie wskazała również dogrywka. Miał to zrobić konkurs rzutów karnych. Trudno wyobrazić sobie bardziej emocjonującą i sprzyjającą dramatom kulminację meczu piłkarskiego.

Zaczęło się świetnie dla Lecha. Ryszard Jankowski obronił strzał Roberto, a Kruszczyński po raz drugi pokonał Zubizarettę. Wielki Johan Cruyff zrobił się blady ze strachu. W dwóch kolejnych seriach nie mylił się nikt - dla Barcelony Txiki Beguirstain i Ernesto Valverde, a dla Lecha Czesław Jakołćewicz i Marek Rzepka. Po czwartej serii wszystko zaczęło się od nowa - Eusebio pokonał Jankowskiego, a nerwowo szykujący się do strzału Jarosław Araszkiewicz strzelił obok bramki.

W ostatniej serii stało się coś niezwykłego. Do piłki podszedł doświadczony Alexanko i chybił. Sędzia nakazał jednak powtórzenie rzutu karnego. Alexanko otrzymał więc drugą szansę i… znów nie trafił! Takie momenty trzeba wykorzystywać, bo mogą się już więcej niepowtórzyć. Ostateczny cios mógł zadać Bogusław Pachelski, ale trafił w Zubizarettę. Dramat!

Później strzelali celnie, na przemian, Jose Maria Bakero, Marek Głombiowski i Aloisi. Barcelona prowadziła 5:4, ale Lech mógł wyrównać i przedłużyć emocje.

Była 19.41. Do piłki podszedł Damian Łukasik. Strzelił mocno. Powietrze przeszył metaliczny dźwięk piłki uderzającej w poprzeczkę. Nad stadionem zapadła przeraźliwa cisza. Żal i rozpacz - mieć Barcelonę na widelcu i jej nie zjeść…

Kilka miesięcy później Barcelona wygrała w finale PZP z Sampdorią Genua 2:0.

Dzisiaj trzeci hiszpański mecz Lecha w Poznaniu - z Deportivo La Coruna. Jaki będzie? Oby zwycięski!

Tagi