Dawno, dawno temu napisałem kilka tekstów pod wspólnym tytułem "Z frontu walk o PZPN", w których starałem się zbierać do kupy i komentować efekty burzy, która wówczas rozpętała się wokół związku. Od tamtej aferki, której pewnie już nikt nie pamięta, minęło prawie pięć lat. Przez ten czas urzędowało pięcioro ministrów sportu, władzę w PZPN przejęła banda Grzegorza Laty, która knuła w związkowych korytarzach i kompromitowała się z uśmiechem w świetle telewizyjnych kamer. Działacze wypili ocean wódki i prowadzili misterne gry, od których męczyli się tak, że czasami do słodkiego snu dochodził drobny element chrapania. I nagle...
Bum!
A może pstryk?
Nie wiem, czy ta cała "afera taśmowa" to wybuch bomby, czy tylko pyknięcie folii bąbelkowej. Nagrania cuchną okropnie, to prawda, ale każdy usłyszy w nich dokładnie to, co zechce. A że tłum pragnie, by Lato z Kręciną oglądali mecze mistrzostw Europy w więziennej celi, to z tego bełkotu wyławia same twarde dowody korupcji. Należałoby jednak zachować pewną ostrożność w takich ocenach. Afer i dowodów, które miały wywrócić PZPN do góry nogami było już mnóstwo, jednak za każdym razem podejrzami mogli obalić flaszkę za to, że znów nic na nich nie znaleźli. A przecież tak wielu było zdeterminowanych, którzy marzyli, by to zrobić i nabić punkty dla siebie i swojej formacji.
Może tym razem będzie inaczej i z medialnej piany urodzą się konkrety - prokuratorskie zarzuty i zmiana szefostwa PZPN z jednej bandy na inną, trochę mniej toporną i bezczelną. Nie zmieni to faktu, że cała afera mocno trąci kryminalną komedyjką; to jakiś Gang Olsena. Komiczni są aktorzy, zabawne bywają gagi, czasami jest żałośnie, czasami niepoważnie, a czasami po prostu śmiesznie.
Trudno przecież na serio traktować Kazimierza Grenia, który najpewniej chce zostać Kazimierzem Odnowicielem polskiego futbolu. Raczej nie z poczucia misji, ale z zemsty. To w końcu on był głównym rozgrywającym w trakcie kampanii wyborczej Laty, a później został odstawiony od koryta i nie może z niego się nażreć i nachlać tak jak inni. Gdyby więc nie kłótnia w rodzinie, mielibyśmy spokój, a afery by nie było.
Trudno też poważnie traktować Grzegorza Kulikowskiego, który miesiącami konsekwentnie nagrywał Latę i Kręcinę, ale - jak twiedzi - nie po to, żeby mieć dowody na czyjąś korupcję, tylko żeby pokazać mechanizmy działania związku. Dodajmy, że do pokazywania też specjalnie się nie wyrywał, zrobił to przy pomocy anonimowego wcześniej działacza.
Gwiazdą tej krotochwili jest bez wątpienia obdarzony wybitnym talentem komediowym jest Zdzisław Kręcina. Pocieszny Zdzichu, jak na twardego górala przystało, latami prowadził misterną grę z Kulikowskim. Mamy więc do czynienia z osobą przenikliwą, bystrym umysłem, niemal polskim Bondem. Trudno jednak się nie zaśmiać, może przez to chrapanie, a może zmęczenie pomeczowe.
Mamy też polityków, którzy rytualnie biją pianę, ale - co za niespodzianka - nie wiedzą o czym mówią; trudno więc traktować ich poważnie. Znów słychać te same brednie co zwykle: o delegalizacji, rozwiązaniu, o budowie alternatywnego PZPN. Kupa śmiechu. Czasami można pomyśleć, że gdyby doszło do intelektualnego pojedynku Laty z jego politycznymi przeciwnikami to wynik długo kręciłby się koło remisu.
Trudno wreszcie poważnie traktować Grzegorza Latę, ale można go w jakimś sensie podziwiać. Trzeba bowiem wykazać się niespotykanym samozaparciem, wielką konsekwencją w dążeniu do celu i - nie bójmy się słów - talentem, żeby samemu z takim wdziękiem zburzyć swój pomnik, stracić twarz i zniszczyć nazwisko. I nawet nie ma znaczenia, jak skończy się "afera taśmowa" - Lato zawsze będzie kojarzył się z krętactwami i prostactwem, a nie z tym, że kiedyś świetnie grał w piłkę.
Od dłuższego czasu wszyscy bohaterowie walki o PZPN trwają na z góry upatrzonych pozycjach, ale wszystko wskazuje na to, że tym stanem rzeczy są wycieńczeni i znużeni. Stąd pojawiające się sygnały o spodziewanym rozejmie.
Co się działo wokół związku przez ostatnie dwa tygodnie?
1. Hardy minister Tomasz Lipiec wymienił kuratora futbolowej centrali. Co prawda to Andrzej Rusko podał się do dymisji, lecz nikt nie ma wątpliwości, że mocno nalegał na to Lipiec. A w zasadzie jego rządowi zwierzchnicy, którym nie podobały się powiązania biznesowe Ruski z Zygmuntem Solorzem. Nowym kuratorem został nie budzący żadnych emocji Marcin Wojcieszak. Swoją drogą, kuratora Lipiec do związku wprowadził głównie dlatego, żeby wykazać się przed premierem w trakcie słynnego przeglądu ministerstw. Gdyby nie ta spektakularna akcja, w gabinecie ministra sportu zasiadałby dziś najpewniej Radosław Parda.
2. Decyzja o wprowadzeniu do związku kuratora podoba mi się coraz mniej. Tak naprawdę jego jedyną decyzją, było zwołanie nadzwyczajnego zjazdu wyborczego. Ale przecież, czy wybory odbędą się 2, 11, 25 (jak głosi najnowsza wersja), 31 marca czy za 2 lata nie zmienia się absolutnie nic. Przecież nowego prezesa wybierać będą ci sami ludzie, którzy wcześniej zaufali Listkiewiczowi. Niesmak potęguje jeszcze fakt, że wszystko jest robione strasznie nieprofesjonalnie. Nie zatwierdzenie nowego statutu związku przez sąd brzmi jak podły dowcip, szczególnie że błąd popełniono przy wypełnianiu wniosku. Skąd wywodzi się nieudacznik, który za to odpowiadał? A kurator, jakby nigdy nic, każe okręgowym związkom wybierać delegatów na zjazd wobec tego, jeszcze niezatwierdzonego statutu. Czyli, jak mniemam, do działania niezgodnego z prawem.
3. Kandydatów na nowego prezesa jest wielu: Włodzimierz Lubański, Roman Kosecki, Grzegorz Lato, Henryk Kasperczak, Janusz Wójcik, Ryszard Czarnecki i Tomasz Jagodziński. W wyznaczonym przez nowy, nieobowiązujący jeszcze statut, zgłosił się tylko Lato. Nie znaczy to, że będzie on jedynym kandydatem, bo pozostali liczą, że będzie można zgłosić się do walki o fotel prezesa w trakcie trwania zjazdu. Czy się przeliczą – nie wiadomo. Nowy statut dokładnie tego nie precyzuje i otwiera szerokie pole do interpretacji.
4. Nowym prezesem zostanie najpewniej Grzegorz Lato, który zgarnie poparcie delegatów OZPN-ów, co powinno wystarczyć do zwycięstwa. Byłoby ono utrwaleniem dotychczasowego układu. Lato byłby „Listkiewiczem bis”, więc nie mogłoby być mowy o żadnych istotnych zmianach. I co wtedy? Lipiec znów zawiesiłby zarząd?
5. Najgorsze w tym całym zgiełku jest to, że ze skompromitowanym zarządem związku próbuje walczyć nieudolny minister sportu. Władze PZPN są niereformowalne, a minister się miota i nie ma żadnego planu na wyjście z pata. Pewnie więc obie strony spotkają się w połowie drogi i zmęczone całym zamieszaniem - dojdą do jakiegoś porozumienia. Ale czy cały ten zgiełk może wyjść na dobre polskiej piłce? Ciężko w to uwierzyć.
Walki straciły początkowy rozmach i przybrały formę wojny pozycyjnej. Wciąż jednak jest sporo zamieszania i to w szeregach obu zwaśnionych stron.
1. Ułańska szarża Tomasza Lipca miała jeden poważny niedostatek – brak planu awaryjnego. Wiadomym było, że szturm na niezależność związku nie spodoba się w FIFA i działacze tej federacji nie przyznają polskiemu ministrowi orderów za bohaterstwo na polu bitwy oraz obalenie tego tyrana Michała Listkiewicza. Lipiec jakby o tym zapomniał. Teraz niby to udaje twardego, ale jednak trochę mięknie, kluczy, szuka rozwiązania. Przelicytował? A może wbrew pozorom ma wszystko pod kontrolą?
2. Na zachodzie tymczasem bez zmian, aliści tylko w polskiej sprawie. Cała śmietanka europejskiego futbolu przez ostatnie kilka dni podekscytowana była wyborami nowego sternika UEFA, który dokonać miał się na polu elekcyjnym w Duesseldorfie. Głos zabrał w zasadzie tylko gensek FIFA Urs Linsi, który jednak tylko powtarzał to, co już wszyscy od dawna doskonale wiedzą. Nawet tak wytrawny lew salonowy, jak Ryszard Czarnecki (który notabenewygryzł ze składu delegacji Zdzisława Kręcinę) swoimi kuluarowymi działaniami niewiele ugrał. Teraz wszyscy liczą, że sprawę załatwi Zbigniew Boniek, przyjaciel prezydenta-elekta UEFA Michela Platiniego. Oby się nie przeliczyli...
3. Jednak bez wątpienia Zibi wraca do wielkiej gry. Boniek to zaprawiony w bojach, wytrawny strateg. Kogoś takiego nie ma ani w sztabie Lipca, brakuje też takiej postaci wśród adiutantów Listkiewicza. Boniek wraca więc, z błogosławieństwem szefa PKOl Piotra Nurowskiego, w roli raczej bezstronnego negocjatora-ratownika, z precyzyjnie nakreślonym planem działania. Koncepcja prosta i rozsądna: zawieszony zarząd PZPN składa dymisję na piśmie, minister sportu go odwiesza, sąd wprowadza kuratora, a FIFA nie może się do niczego przyczepić. Proste, łatwe i przyjemne, nieprawdaż? Kłopot w tym, że plan Bońka zakłada tak zwaną dobrą wolę członków zawieszonego zarządu. I choćby z tego względu wykonanie jego wydaje się dość mało prawdopodobne. Cieszy to pewnie Jana Tomaszewskiego, który miast życzyć szybkiego rozwiązania sporu, ma zapewne nadzieję, że wszystkie działania Bońka spalą na panewce, a na byłego piłkarza Juventusu nie spłyną żadne pochwały i zaszczyty.
4. Panowanie nad PZPN przejął tymczasowo Andrzej Rusko i już wygnał ze związku przewodniczącego wydziału dyscypliny – Krzysztofa Malinowskiego. Pozostali członkowie tego gremium skapitulowali sami. Na ich miejsce przybył już mecenas Michał Tomczak, który przejął obowiązku Malinowskiego. Kiedy dobierze już sobie współpracowników, wreszcie będzie można zacząć karać, rozliczać i skazywać na środowiskowy ostracyzm. Znany jest też już termin Walnego Zgromadzenia PZPN. Kandydaci na prezesa swoje atuty 2 marca. Może by tak odwołać się do historii i elekcję zorganizować na osiedlu Kamionek na warszawskiej Pradze Południe?
5.Do pieca dorzuca Sepp Blatter i grozi. FIFA żąda też zmiany ustawy o sporcie kwalifikowanym.
6. Jakby mało było problemów, oliwy do ognia dolał Hrihorij Surkis, który zaatakował – na razie tylko słownie – ministra Lipca, nazywając go wrogiem Euro 2012 w Polsce i Ukrainie. Można tak stwierdzić, ale i tak wiadomo, że winna jest UEFA, która wybór gospodarza mistrzostw Europy złośliwie przełożyła z grudnia na kwiecień. I jak tu zawierzyć rzekomo dobrej woli europejskiej federacji? A Lipiec atak odpiera, zarzuty są według niego – jakby to powiedział premier Jarosław Kaczyński – oczywistą nieprawdą.
7. Michał Listkiewicz stwierdził na kongresie UEFA w Duesseldorfie, że już ma wszystkiego dość i chętnie zrezygnowałby jak najszybciej. Jakiś figlarz, nie wierząc w szczerość zapewnień prezesa, odparł, że "nie uwierzy, dopóki nie zobaczy". Szkoda, że nie podano nazwiska autora tej trafnej riposty.
Wokół Polskiego Związku Piłki Nożnej dzieje się sporo i tak też będzie jeszcze zapewne przez długi czas. Uporządkujmy kilka faktów.
1. Do siedziby PZPN wkroczył już komisarz Andrzej Rusko. Tymczasem różni członkowie zawieszonego zarządu federacji, choćby wiceprezes Eugeniusz Kolator, zapowiadają, że od decyzji Tomasza Lipca odwołają się do sądu. Należy więc brać pod uwagę sytuacje, w której sąd uznaje, że minister sportu nie miał podstaw do wprowadzenia do zawieszenia zarządu i wprowadzenia do związku kuratora. Co wtedy? Jednym z powodów decyzji Lipca miały być wyniki ministerialnej kontroli w piłkarskiej centrali. Wydaje się jednak, że nic ciekawego kontrolerzy w PZPN nie znaleźli. Gdyby tak się stało, o wszystkim od dawna wiedziałaby już opinia publiczna, bo ministerstwo na pewno zechciałoby się pochwalić wyśledzonymi nadużyciami.
2. Całego tego wyżej opisanego zamieszania nie byłoby, gdyby zarząd PZPN łaskawie podał się do dymisji. Kuratora – najpewniej też w osobie Ruski – wprowadziłby do związku sąd, a decyzję taką musiałyby uszanować FIFA i UEFA. W obecnej sytuacji obie międzynarodowa federacje kuratora nie uznają. To pierwszy krok do zawieszenia Polski w prawach członka FIFA, a zarazem UEFA. Ponadto, gdyby zarząd sam podał się do dymisji, jego członkowie uratowaliby szczątku honoru i dowiedli własnej dobrej woli. Nie skorzystali z tej możliwości. Ich prawo.
3. O Andrzeju Rusko napisałem dość ciepło, zupełnie przeoczając fakt, że w radzie nadzorczej spółki Ekstraklasa S.A., którą kieruje, znajdował (znajduje?) się Jacek M., prezes-przestępca Arki Gdynia. Nikt niczego nie rozwiązywał, nikt nikogo nie zawieszał, nikt nie podał się do dymisji. To co prawda trochę inna sytuacja, bo Ekstraklasa nie jest dotowana z budżetu państwa, ale niesmak pozostał.
4. Pisałem już, że prezesem PZPN chce zostać Ryszard Czarnecki. Polityk Samoobrony zdążył już ogłosić swój program wyborczy, na podstawie którego można stwierdzić, że chyba nie do końca wie, jakie są kompetencje prezesa związku. Nie może on bowiem, jak chce Czarnecki, „wprowadzać nowych mechanizmów finansowych korzystnych dla rozwoju polskiego futbolu”. Tak się składa, że tym zajmuje się akurat parlament, który wprowadzeniu podobnych zmian jest nad wyraz niechętny. Kiedyś storpedował rozsądne pomysły Zbigniewa Drzymały, sam nie proponując w zamian nic korzystnego dla rozwoju nie tylko piłki nożnej, ale całego polskiego sportu. Groteskowo brzmi też zapowiedź Czarneckiego, że w przypadku zwycięstwa, zawiesi członkostwo w Samoobronie, by podkreślić, że na czele związku nie stoi polityk. Taki tani gest niczego nie zmieni. Ciekawy felieton poświęcił Czarneckiemu w Gazecie Wyborczej Rafał Stec. Ja już pół roku temu pisałem: Czarnecki, wara od PZPN!
5. Na stanowisko prezesa chce też kandydować Roman Kosecki. Szanuję 69-krotnego reprezentanta Polski za jego piłkarskie dokonania i to, że z pasją oddaje się pracy z dziećmi w swoim klubie Kosa Konstancin, ale na stanowisko prezesa raczej się nie nadaje. Szczególnie, że przecież też nie jest krystalicznie czystą postacią, a ostatnio Kosecki trochę nabroił w sejmowym hotelu. Oczywiście to całkowicie go dla polskiego futbolu nie skreśla. Nowe władze związku mogą wykorzystać jego doświadczenie choćby przy tworzeniu programu pracy z młodzieżą.
6. Swoją kandydaturę zgłosił również niejaki Kazimierz Greń, prezes małopolskiego ZPN. Szczerze mówiąc nic o nim nie wiem, poza tym, że jest członkiem zawieszonego zarządu związku. Sam Greń zapewne liczy na głosy tak zwanego terenu – 60 delegatów wytypowanych przez okręgowe ZPN. Takie rozwiązanie dla polskiej piłki byłoby tragiczne i pewnie konserwowałoby skostniałe struktury związku. A może byłby to wybieg zawieszonych działaczy, obliczony na odzyskanie władzy w PZPN?
7. Michał Listkiewicz w wywiadzie dla Rzeczpospolitej mówi, że nowy statut związku stanowi, że do konkursu może przystąpić najwyżej trzech kandydatów. Nie za bardzo wiem jak ta trójka ma zostać wyłoniona, skoro chęć walki o fotel prezesa wyraża już właśnie tyle osób, a mówi się o kolejnych kandydatach, np. Jerzym Engelu.
To pierwszy meldunek z frontu walk o PZPN. Na pewno nie ostatni.