Wpisy z tagiem: Hiszpania
czwartek, 08 lipca 2010
Niemcy pokazali swoją drugą, bardzo dobrze znaną twarz sprzed lat. Przez cały mundial grali pięknie jak kiedyś Holandia, ale w meczu przeciwko Hiszpanii nawiązywali do stereotypowego obrazu niemieckiego futbolu. Nie było już w ich grze polotu - atakowali rzadko, poświęcając się twardej i konsekwentnej grze w obronie. Plan był oczywisty i racjonalny: oddanie Hiszpanom piłki daleko od bramki Manuela Neuera, zagęszczenie środka pola i oczekiwanie na kontrataki. Ten niemiecki blitzkrieg - błyskawiczne natarcia, składające się z kilku podań zakończonych golem - świetnie funkcjonował w poprzednich meczach. Zachwycający był zwłaszcza przeciwko Anglii, kiedy Niemcy dwukrotnie potrzebowali góra czterech podań, by przenieść piłkę spod własnego pola karnego do bramki Davida Jamesa. To jedne z najbardziej charakterystycznych akcji tego mundialu i jedna z jego najlepszych piłkarskich wizytówek. Nietrudno zgadnąć, skąd Joachim Löw czerpał inspirację - podobny pomysł na wygranie z Hiszpanią, choć chyba jeszcze bardziej nastawiony na grę obronną, miał prowadzący Szwajcarów Ottmar Hitzfeld. Jemu się udało, ale należy poczynić oczywistych kilka założeń: to był pierwszy mecz turnieju, o niepomiernie mniejszym ciężarze gatunkowym dla Hiszpanów, którzy nie byli jeszcze w najwyższej formie, a i wykonanie było bardziej precyzyjne. Wtedy triumfowała dobrze zorganizowana drużyna bez gwiazd; drugi raz podobna historia, choć z udziałem lepszych piłkarzy i kilku indywidualności, nie mogła się już wydarzyć. Zwłaszcza, że rzecz działa się w półfinale, a Hiszpanie powolutku, z meczu na mecz, grali coraz lepiej. Mecz z Niemcami był dla nich najlepszy w całym turnieju; imponujący pressing, którym nękali rywali. Nie jest to futbol, którego się od niej oczekuje, nie porywa, ale wystarczy do osiągania sukcesów na mundialu. Nawiasem mówiąc: czy o Hiszpanii możemy już mówić jako o drużynie turniejowej? Przed meczem zastanawiałem się, jak Niemcy zareagują na ewentualną stratę gola. W poprzednich meczach pokazali, że potrafią pielęgnować prowadzenie i dobijać rywali. Gonić musieli jedynie w specyficznych okolicznościach gry z Serbią - bez powodzenia. Po golu strzelonym przez Carlesa Puyola nie zgłupieli, walczyli do końca (jak to stereotypowi Niemcy...), ale nie mieli specjalnego pomysłu i chyba również siły, by doprowadzić do wyrównania. W drużynie Löwa zabrakło człowieka, który w takiej kryzysowej sytuacji pociągnąłby drużynę do walki. Nie byłby nim nieobecny na mundialu Michael Ballack; nie mógł nim być wprowadzony z ławki rezerwowych Mario Gomez - bodaj największe rozczarowanie Bundesligi w minionym sezonie, w przeciwieństwie do Miroslava Klose i Lukasa Podolskiego nieszalejącego także w kadrze. Zresztą cała ofensywna czwórka - oprócz Klose i Podolskiego, także Mesut Özil i Piotr Trochowski - zagrała poniżej oczekiwań; nieco słabiej niż w poprzednich meczach wypadł też Bastian Schweinsteiger. W pewnym stopniu wynikało to z obranej taktyki, nie mieli jak rozhulać się w ataku, i klasy rywala, ale także z absencji Thomasa Müllera. Jego brak był w poczynaniach Niemców aż nadto widoczny. Piłkarze Löwa do niemieckiego stereotypu nawiązywali, ale ostatecznie nie nawiązali - wiemy, że oprócz rozprawiania o drużynie niezbyt pięknej, ale walczącej do końca, oznaczałoby to kolejne przypomnienie bon-motu Gary'ego Linekera. I tak, mimo porażki, niemiecka międzynarodówka (a może: reprezentacja świata pod niemiecką flagą?) jest jednym z największych wygranych tego mundialu, jej występ na mundialu stanowi ugruntowanie pozycji Mannschaftu w światowej hierarchii. Na trzech mistrzostwach świata w XXI wieku Niemcy docierali do strefy medalowej, zostali też wicemistrzami Europy w 2008 roku. W tej dekadzie klęską zakończył się tylko ich występ na Euro 2004. A przecież niemal na każdą imprezę jechali w najsłabszym składzie w historii...
sobota, 09 sierpnia 2008
O sile hiszpańskiego kolarstwa najlepiej świadczy skład ich olimpijskiej reprezentacji. Oscar Freire już trzy razy był mistrzem świata, Alberto Contador w ciągu ostatnich 12 miesięcy triumfował w Tour de France i Giro d'Italia, Carlos Sastre zwyciężył w ostatniej edycji Wielkiej Pętli, a Alejandro Valverde znakomicie jeździ w wyścigach klasycznych i wciąż uznawany jest za zawodnika, który może wygrywać wielkie toury. W cieniu tego towarzystwa pozostawał uzupełniający kadrę, znacznie mniej utytułowany od kolegów, Samuel Sanchez. Aż do dziś. Końcówka wyścigu kolarzy była niezwykle emocjonująca: ucieczki, pościgi, kontry. W tym całym szaleństwie Sanchez okazał się najsilniejszy i najsprytniejszy. Oczywiście, żal jego rywali - szkoda, że wspaniały rajd Fabiana Cancellary, który wypalił w pościgu za czołówką jak torpeda, przyniósł mu tylko brązowy medal. Szkoda też, że na podium zabrakło miejsca dla sympatycznego i ambitnego Andy'ego Schlecka. Piąte miejsce na igrzyskach w takich okolicznościach - jeszcze dwa kilometry przed metą Schleck mógł czuć na szyi ciężar olimpijskiego medalu - nie cieszy wcale, jest jedynie gorzkim doświadczeniem. Hiszpański kolarz stał się w ostatnim czasie przykładem człowieka sukcesu: zawodnicy z tego kraju wygrywali trzy ostatnie edycje Tour de France, tegoroczne Giro d'Italia, Dauphine Libere, Volta a Catalunya, kilka wiosennych klasyków i wywalczyli mistrzostwo olimpijskie. A już niedługo kolejne znakomite okazje, by ten obraz potwierdzić - mistrzostwa świata i Vuelta a Espana. Znów z Hiszpanami w rolach głównych? |
Archiwum
Ostatnie wpisy
Zakładki:
Sportowo
Ciekawe
Zmieszaj autora z błotem
Tagi
|