Wpisy z tagiem: Bert van Marwijk
poniedziałek, 14 czerwca 2010
Holandia - faworyt tradycyjny. Tym razem trochę się na to krzywię, bo moje kibicowskie przeczucie każe raczej mocno wypatrywać momentu, w którym Pomarańczowi się poślizgną i wypadną za burtę mistrzostw. To oczywiście nie przeszkadza, by jednocześnie mieć nadzieję, że tym razem będzie inaczej i Holendrzy w końcu zagrają w finale. Wszystkie upiory z przeszłości już kiedyś wspominałem: przestrzelone karne, kontuzje kluczowych piłkarzy, błędy trenerów i trudne do wytłumaczenia zapaści całej drużyny. Rozczarowanie po tych porażkach, przychodzących po serii pięknych meczów, było tak duże, że kwaśny smak miały nawet półfinały mundialu i mistrzostw Europy.
Wszystkie upiory z przeszłości już kiedyś wspominałem: przestrzelone karne, kontuzje kluczowych piłkarzy, błędy trenerów i trudne do wytłumaczenia zapaści całej drużyny. Rozczarowanie po tych porażkach, przychodzących po serii pięknych meczów, było tak duże, że kwaśny smak miały nawet półfinały mundialu i mistrzostw Europy. Mecz, w którym wszystko może się rozsypać można nawet już teraz zaznaczyć pisakiem w terminarzu mistrzostw. Turniejowa drabinka ułożyła się tak, że jeżeli wszystko pójdzie zgodnie z planem, to w ćwierćfinale Holandia wpadnie na Brazylię... Ale jeśli chce się być wielkim, trzeba wygrywać z wielkimi. Proste i oczywiste. Holenderską nadzieją na wielkość jest ofensywa: Arjen Robben, Wesley Sneijder, Robin van Persie, Rafael van der Vaart to postacie z pierwszego planu, a w odwodzie są przecież także Dirk Kuyt i przebojowiec Eljero Elia. Rzecz w tym, jak to całe towarzystwo podzieli się piłką i czy jedna na pewno im starczy. Wystarczyła kiedy niedawno rozjeżdżali Węgrów, ale na mundialu nie musi być wcale tak, jak w towarzyskiej przebieżce. Nawiasem mówiąc: Bert van Marwijk niepotrzebnie ryzykował w niej zdrowie Robbena. To piłkarz tyleż znakomity, co kruchy i trzeba na niego chuchać i dmuchać. Już niedługo jego zdrowie i forma będą niezbędne do osięgnięcia poważniejszych celów niż zwycięstwo z Węgrami. Może to moje zwykłe czepialstwo, może tylko drobna ryska na wizerunku van Marwijka (u nas znanego jako piłkarski ojciec Euzebiusza Smolarka), a może szczegół tłumaczący, dlaczego mimo paru sukcesów, ten skądinąd dobry trener wciąż znajduje się w drugim szeregu holenderskich szkoleniowców. Po Danii, Japonii i Kamerunie pomarańcza może (ale nie musi) przetoczyć się tylko dzięki ofensywie, ale żeby wygrać całą wojnę trzeba mieć też solidnie zabezpieczoną własną bramkę. Im bliżej niej, tym problem Holendrów jest większy - dysproporcja między atakiem i obroną jest olbrzymia. Jako tako wygląda jeszcze środek pomocy z Nigelem de Jongiem i rzeźnikiem Markiem Gertrudą van Bommelem (który zawsze wyglądał mi na piłkarza z innej epoki), ale już pomarańczowa obrona zupełnie nie wzbudza zaufania. Joris Mathijsen ma za sobą kiepski sezon w Hamburger SV, John Heitinga i Andre Ooijer to przeciętniacy, po których trudno spodziewać się wiele dobrego, a kapitan Giovanni van Bronckhorst za chwilę kończy karierę. Jedynym jaśniejszym punktem jest Gregory van der Wiel, jeden z najciekawszych młodych bocznych obrońców w Europie. Zagadką pozostaje występ Maartena Stekelenburga w bramce. Pisząc o Holendrach trzeba zadawać pytania nie tylko o tym, co może wydarzyć się na boisku, ale także o tym, co będzie się działo po za nim. Wybuchnie jakiś konflikt? Poprztykają się czy nie? Czy ktoś się obrazi i nie będzie chciał podawać innemu? Będą podziały? Zawsze był w tej drużynie silny gen autodestrukcji. Van Bommel twierdzi, że teraz jest inaczej i piłkarze tworzą kolektyw, ale co właściwie ma mówić piłkarz reprezentacji i zięć trenera? |
Archiwum
Ostatnie wpisy
Zakładki:
Sportowo
Ciekawe
Zmieszaj autora z błotem
Tagi
|